Przez chwilę milczeli oboje. Klotylda, nie patrząc na gościa swego, obiegła wzrokiem parter kwiatowy, a gałęź mirtu, pod którego drzewem siedziała, spadając na jéj głowę, wieńczyła ją drobnemi listkami.

Lucyan nie odrywał od niéj spojrzenia; mimowoli pomyślał, że z tym mirtem nad czołem, z lekkim rumieńcem, który parę razy wrócił na twarz jéj, jakby pod wpływem myśli tajemnéj, w białym stroju swoim, podobna była do młodéj, idealnéj oblubienicy, idącéj ku ołtarzowi ślubnemu.

Myśl ta, jak ognista błyskawica, przebiegła mu przez głowę; nie zdawał sobie sprawy z uczucia swojego, ale czuł instynktownie jakieś ściśnienie serca, bolesne czy rozkoszne, sam tego rozpoznać nie mógł. Powiódł ręką po czole, które zapłonęło mu nagle.

W téj saméj chwili Klotylda, ciągle zamyślona, podniosła rękę i uchyliła z nad czoła gałęź mirtową; ale gdy ta ugięła się znowu w dawnym kierunku, wyciągnęła rękę i odłamała ją od drzewa.

— Pocoś pani złamała tę gałązkę? — mimowoli rzekł Lucyan.

— Ciężyła mi na głowie, a nie chciała ugiąć się w innym kierunku. Pan żałujesz roślin? Wierzysz pan pewno, że one czują i cierpią.

— Zapewne, pani... — zaczął Lucyan.

— A więc — przerwała mu Klotylda — na wynagrodzenie chwilowéj przykrości jaką panu sprawiłam, ofiarowuję panu tę gałązkę...

I, śmiejąc się, wyciągnęła do niego rękę z gałązką...

Lucyan ukłonił się z uśmiechem i wziął gałązkę, przy czém ręka jego dotknęła palców Klotyldy, a spojrzenie padło na karminowe, wilgotne jéj usta, które, rozwarte śmiechem, ukazywały dwa rzędy białych, drobnych zębów. I poczuł znowu takie samo ściśnienie serca, jakiego przed chwilą doświadczył, i znowu płomień przesunął mu się po czole. Otrząsnął się jednak szybko z wrażenia i zaczął mówić o... teatrach warszawskich.