Przed obrazami i w bibliotece rozmawiali wiele o szkołach malarstwa i piśmiennictwie różnych narodów. Lucyan był wymowny i ożywiony; Klotylda ukazywała mu się coraz piękniejsza wiedzą i szeroką, szlachetną myślą. Czuł się coraz żywiéj, coraz magnetyczniéj pociągany ku niéj; nie zdawał sobie sprawy z niczego, ale bezwiednie wydało mu się, że był przeniesiony w świat inny, niż ten, w którym żył dotąd, że coś zmienia się w nim i koło niego, że silniejszém tętnem uderzają wszystkie pulsy jego istoty.

W parę godzin Lucyan, śród téj czarownéj nawet atmosfery, jaką był otoczony, przypomniał sobie obowiązek lekarza i żegnał panią Warską.

— Nie zatrzymuję pana — rzekła — bo miałabym sobie do wyrzucenia, jeśliby z mojéj przyczyny biedna pani Dembowska ucierpiała. Ale mam nadzieję, że się będziemy widywali. Pan zostaniesz pewno w Jodłowéj aż do wyzdrowienia choréj?

— Nie, pani, mam wielu chorych w N. i w okolicy, i jednéj pacyentce wyłącznie oddać się nie mogę; ale często, codziennie może, przez czas jakiś przyjeżdżać tu będę.

— I zawsze dom mój zastaniesz pan otwartym dla siebie — rzekła Klotylda... — Zresztą — dodała — zresztą... — I zawahała się, jakby nie była pewna, czy ma dokończyć.

Lucyan stał przed nią, urokiem do miejsca przykuty, owładnięty żalem, że już opuścić ją musi.

— Zresztą — kończyła Klotylda — znamy się z panem dawniéj, niż od dzisiaj... Czy pan nie przypominasz sobie, żeśmy się już raz widzieli... kiedyś?...

Serce Lucyana uderzyło gwałtownie na to przypomnienie, które wydało mu się jakby zwierzeniem, dowodem zaufania.

— W kościele Karmelitów nad posągiem... — rzekł cicho.

— Tak — odpowiedziała, i głos jéj trochę zadrżał.