— Pani musiałaś być w owéj chwili bardzo nieszczęśliwą.
— Byłam wtedy — odrzekła zwolna — w jednéj z tych chwil, w których zaciężają nam na ramionach wszystkie przeszłości bóle i... grzechy... w których człowiek pyta się: po co żył, po co żyje, jakie są jego cele i drogi?
— Tak — mówiła znowu po krótkiém milczeniu — byłam w chwili owéj bardzo smutna. Pan, nieznajomy, obcy, podałeś mi rękę, a w głosie i w oczach pana widziałam współczucie. Odtąd, ile razy byłam tam nad tym posągiem, stawałeś mi pan w pamięci; a teraz, gdyśmy się spotkali, chcę widziéć w panu dawnego znajomego i... przyjaciela — dodała ciszéj, podając mu rękę.
Lucyan ujął za tę rękę miękką i białą, przycisnął ją silnie do ust gorących i wyszedł. Niepodobna mu było nic mówić; pocałunkiem tym powiedział wszystko, powiedział jeszcze wiele błyskiem oczu, który strzelił mu z pod powiek i oblał żarem rumieńca twarz Klotyldy.
Szybko przebiegł salony i dworski dziedziniec. Przed gankiem Dembowskiego zatrzymał się przez chwilę, aby ochłodzić płonące czoło. W głowie mu wirem kręciły się myśli bezładne; w piersi czuł płomień, ogarniała go gwałtowna namiętność, piérwsza namiętność życia...
Klotylda po wyjściu jego szybko przebiegła salon. Twarz jéj wyrażała niepokój i niezadowolenie, niezwykły rumieniec ją zalewał.
— Znowu, znowu to, co już być nie miało! — mówiła cicho do siebie. — Znowu wrażenie inne, znowu zmiana! Nie, to być nie może... ja się nie poddam... dziś już mi nie wolno!...
— Ależ, jaki on piękny!... — mówiła daléj — ile ognia w oczach, szlachetności w układzie, energii w mowie!... Mój Boże! i pocóż ja o tém myślę? A tamten... Ach! ręka mi się pali od tego pocałunku!
Wbiegła do swéj sypialni, uklękła przed obrazem Madonny, czołem uderzyła o ziemię i z łkaniem wyrzekła:
— O Maryo! siły, siły dla mnie biednéj! Czyż nigdy nie uspokoją się wewnętrzne burze moje? Ratuj mię, o przeczysta!