I w téj kornéj postawie, z rękoma splecionemi nad głową, długo została; potém usiadła przed biurkiem i napisała list, a gdy skończyła i powstała, spokój na twarz jéj powrócił; zawołała Marylki i, oddając jéj list, rzekła:

— Jutro, bardzo rano, niech list ten na pocztę odwiozą.

Zwinna subretka, przechodząc koło lampy, spojrzała na pismo, i figlarny uśmiech przebiegł jéj usta. Po chwili, oddając list Ignacemu, wraz z załączonym doń rozkazem pani, wspięła się na palce i, wskazując adres, szepnęła coś na ucho staremu słudze.

Ten zrazu się zmarszczył, ale po drugiém słowie Marylki, rozsunął brwi i rzekł:

— Daj Boże! daj Boże! Ale przypomnę pannie Maryannie przysłowie: „jest to cnota nad cnotami” i t. d. Wié panna Maryanna koniec?

— Wiem, wiem — odpowiedziała garderobiana — ja téż tylko panu Ignacemu powiedziałam.

I rozeszli się w różne strony.

A Lucyan około północy wjeżdżał do N. W oknach ubogich domów ciemno już było, mieszkańcy ich spali, znużeni dniem pracy i ubóztwa; w plebanii tylko błyskało światło. Pod gankiem właśnie proboszcza stanęła bryczka Lucyana i po chwili młody człowiek znalazł się w cichym, oświetlonym lampą pokoju księdza.

Pokój ten był dość obszerny, skromnie, choć wygodnie, urządzony; na białych ścianach wisiało kilka obrazów świętych, a w głębi pokoju, nad grubą otwartą książką, z czołem opartém na dłoni, siedział ksiądz Stanisław. Zatopiony w czytaniu, nie słyszał wejścia młodego człowieka; łagodny i blady profil jego wyraźnie rysował się w świetle lampy, które rzucało mu na włosy srebrne promienie, niby aureolą okalając mu czoło.

Głęboka cisza tego pokoju, otaczająca człowieka, spokojnie zatopionego w księdze i rozmyślaniach, dziwną sprzecznością z jego własném w owéj chwili usposobieniem uderzyła Lucyana.