Stał przez chwilę i patrzył, potém zbliżył się i powitał księdza.

— A, to ty, Lucyanie — rzekł proboszcz, podnosząc głowę i podając mu rękę. — Zkądże tak późno przybywasz?

— Z Jodłowéj. Pani Dembowska chora; wzywano mnie.

— Czy bardzo chora?

— Choroba dość jest ciężka, ale niebezpieczeństwa niéma.

— To dobrze — odpowiedział ksiądz, uważnie patrząc w twarz Lucyana, na któréj niezwykłym rumieńcem i wyrazem ust odbiły się wrażenia dnia tego.

Przez chwilę milczeli obadwa. Ksiądz Stanisław ujął za rękę doktora i rzekł:

— Lucyanie, co tobie jest?

— Nic, nic — odpowiedział żywo młody człowiek — zmęczony trochę jestem. Cóżby mi mogło być? Owszem, dzień mi zszedł użytecznie i miło. Poratowałem chorą matkę rodziny i poznałem panią Warską.

— A, poznałeś panią Warską? — rzekł ksiądz przeciągle i z kolei jego czoło nieco się zachmurzyło. — I jakże ją znajdujesz?