— Bardzo miła — obojętnie odrzekł Lucyan; ale ksiądz postrzegł, że usta mu lekko zadrżały.

— Przyjechałem, aby spytać się ciebie, księże Stanisławie — mówił daléj Lucyan — czy zechcesz pojechać do Jodłowéj, poprosić panią Warską o zaopiekowanie się synem Grodzickiéj.

— Owszem, pojadę z chęcią. A czy sądzisz, że ona zechce dopełnić tego dobrego czynu?

— O, niezawodnie! — zawołał z ożywieniem doktor. — Dziwnie ona jest dobrą.

— Zkądże wiész o tém?

— Wystaw sobie, księże Stanisławie, że znalazłem ją klęczącą przy łóżku Dembowskiéj i własnemi rękoma okładającą lodem głowę choréj. Dodaj do tego, że mało znała Dembowską i że wczoraj dopiéro wróciła z podróży, więc musiała być zmęczona.

— Prawda, że to pięknie z jéj strony — zwolna rzekł ksiądz — ale...

— Dziwna to kobieta — przerwał Lucyan — bez żadnych przesądów, trzymających się tak uparcie klasy, do któréj należy; serdeczna, uprzejma, cudnie piękna, a z tém wszystkiém, jakaś taka smutna chwilami...

— Dobrze, Lucyanie — wzajemnie przerwał mu ksiądz — ja pojadę do Jodłowéj i co będę mógł, zrobię dla syna Grodzickiéj; ale ty tam nigdy już nie jedź!

— Dlaczego? — zawołał Lucyan — i jak mogę to zrobić, mając tam pacyentkę?