Marylka widziała w zwierciedle pochyloną twarz Klotyldy, dojrzała rumieniec i ściągnięcie brwi.
Przez kilka chwil, milcząc, muskała grzebieniem włosy swéj pani, które ciemnemi smugami opływały całą jéj siedzącą postać; w końcu część ich zręcznemi palcami zaczęła splatać w gruby warkocz i ozwała się od niechcenia:
— Pan Dolewski, proszę pani, musi być bardzo dobry doktor, bo pani Dembowska ma się już znacznie lepiéj.
Klotylda odjęła rękę od oczu i rzekła:
— Zapewne. Splataj prędzéj włosy, Marylko, chcę wyjść do ogrodu.
Garderobiana ujęła drugie pasmo włosów i, splatając je, odezwała się znowu:
— Nie wiem, doprawdy, proszę pani, dlaczego mi tak żal tego pana Dolewskiego. Taki młody, piękny i rozumny, musi mieszkać w tém szkaradném N. Ale to on dla swojéj matki robi, proszę pani.
— Czyś widziała kiedy matkę pana Dolewskiego? — spytała Klotylda niedbale.
— A jakże, pani. Ciotka moja, Owsicka, w wielkiéj przyjaźni żyje z panią Dolewską, a ja, nim dostałam się do pani, mieszkałam u ciotki.
— Czy pan Dolewski był już wtedy w N.?