Zgasło światło w pokoju doktora; na posadzce leżały śród cieniów rozsypane listki mirtowe. Ślady te miały mu nazajutrz przypomniéć to, co on snem nazywał.

Niestety! łatwiéj jest obedrzéć z liści gałązkę zieloną, niż wyrwać z serca raz tam zrodzone uczucie; łatwiéj powiedziéć: zwyciężę! niż zgasić w sobie kipiący ogień wewnętrzny.

Kiedyż ludzie będą mogli rozkazywać własnemu sercu, tak, jak już w części rozkazują żywiołom? Kiedy, zawładnąwszy własnemi namiętnościami, jak władają ogniem, wodą i parą, rzucą zaprzeczenie słowom poety: „najstraszniejsze dla człowieka są sieci, które mu własne jego zastawia serce? “

III. Nie chcą się zejść, a schodzą się

Tydzień minął od bytności Lucyana u pani Warskiéj, a przez ten czas młody doktor codziennie odwiedział swoję pacyentkę, przyjeżdżając najczęściéj konno, na dzielnym i pięknym gniadoszu, i codziennie téż dziedziczka Jodłowéj przez okna swego domu widziała go, jak szybko mijał żelazne otoczenie jéj dziedzińca i ogrodu.

Czy to wypadkiem, czy umyślnie, młody doktor bywał u Dembowskich bardzo rano i odjeżdżał wtedy, gdy odsłaniały się zaledwie rolety w oknach sypialni pani Warskiéj.

Kiedy piérwszy raz Klotylda zobaczyła Lucyana, jadącego po-za jodłami, pochyliła się ku oknu tak, że aż z ręki Marylki wypadł grzebień, którym czesała gęste włosy swéj pani.

— Kto to przejechał konno? — spytała.

— To doktor z N., pan Dolewski — odpowiedziała dziewczyna, spojrzawszy uważnie przez szyby. — On, proszę pani, codzień o téj saméj porze przyjeżdża do pani Dembowskiéj.

Klotylda usiadła znowu przed zwierciadłem i schyliła czoło na dłoń, może dla ukrycia przed Marylką tego, że brwi jéj trochę ściągnęły się niezadowoleniem i lekki rumieniec szybko przebiegł twarz. Ale czegóż nie dostrzeże wprawne i ciekawe oko ulubionéj przez panią garderobiany?