Tak rezonując sobie w duchu, subretka wybiegła do ogrodu za swoją panią, z parasolką i rękawiczkami; ale w środku kwiatowego parteru raz jeszcze przystanęła i, jakby sobie coś ważnego przypomniała, podniosła w górę wskazujący palec i rzekła do siebie:
— Tylko... że tamten bogaty, a ten biedny! ot co; ale, żeby nie to, dalibóg, gdybym była na miejscu pani, wolała-bym tego, niż tamtego...
Nazajutrz z rana, Klotylda, jak dnia poprzedniego, siedziała przed lustrem z rozplecionemi włosami, gdy Marylka, rzuciwszy w okno bystre spojrzenie, rzekła:
— Ot, znowu pan Dolewski jedzie.
Pani Warska ani się poruszyła, ale tylko spytała obojętnie:
— Przyjeżdża, czy odjeżdża?
— Odjeżdża, proszę pani — odpowiedziała służąca i badawczo spojrzała na odbitą w lustrze twarz swéj pani; ale nic nie zobaczyła, bo Klotylda szybkim rzutem twarz całą, niby niechcący, zarzuciła włosami.
Tegoż dnia, nad wieczorem, pani Warska długo chodziła samotna między staremi jodłami ogrodu; zamyślona patrzyła na pływające łabędzie i pod gajem brzozowym słuchała śpiewu słowika, aż zwróciła się powoli i poszła ku mieszkaniu państwa Dembowskich.
Żona dzierżawcy miała się już daleko lepiéj; uspokojony o nią, Dembowski, wyjechał do jednego z dalszych folwarków, aby zajrzéć do gospodarstwa. Antosia i Magdzia siedziały przy matce, a Elżunia w bawialnym pokoju bawiła gości, dwóch braci Harasimowiczów, z sąsiedztwa, którzy przyjechali odwiedzić Dembowskiego, a nie zastawszy go w domu, zostali na herbacie.
Młodszy z Harasimowiczów, Onufry, był konkurentem o rękę Elżuni. Dembowski chętnie go przyjmował, bo szlachcic miał spory kawał dobréj ziemi i gospodarował rządnie; ale Elżunia znieść go nie mogła, pomimo, że grał na gitarze i śpiewał przy tym instrumencie mnóztwo przedwiecznych pieśni.