Starszy Harasimowicz, Dyonizy, nie pieścił już matrymonialnych nadziei, bo mu piąty krzyżyk ciężył na łyséj głowie, ale pociechę i zapomnienie wszelkich młodzieńczych marzeń znajdował w płaskiéj flaszeczce, nie opuszczającéj nigdy kieszeni kamizelki jego. O kamizelce owéj dziwne po okolicy krążyły opowiadania, a wszystkie miały za źródło starego żyda Efraima, krawca obojga płci, mieszkającego w N. Raz naprzykład Efraim, zawezwany do sporządzenia kamizelki przez jednego z tamecznych elegantów, zażądał objaśnienia, czy ma zrobić w niéj kieszeń „na szerokość trzech palców, czy trzech rąk?”
— Co ty bredzisz, żydzie? — spytał właściciel mającéj się szyć kamizelki.
— Bo to, proszę jasnego pana — odpowiedział Efraim — pan Harasimowicz Dyonizy każe zawsze robić sobie kieszeń w kamizelce na trzech rąk.
— A to na co?
— Ny, on tam wstawia butelkę z wódką, ja widział — odpowiedział żyd.
Innym razem pytał kogoś, czy kieszeń w kamizelce ma być zrobiona na zegarek, czy na flaszkę? Spytany chwycił żyda za pejsy, myśląc, że ten bierze go za pijaka.
— Ny — krzyczał Efraim — niech jasny pan ma litość! A czego ja winien, że pan Harasimowicz każe mnie zawsze robić kieszeń na flaszkę. On jeździ często do Wilna, a ja myślał, że teraz nastąpiła taka moda.
Flaszeczka, spoczywająca zwykle w owéj anegdotycznéj kamizelce, zapełniona bywała bozkim nektarem kartoflowego wyciągu, którego-by pan Dyonizy za nic w świecie nie dotknął ustami publicznie, i gdy kto przed obiadem lub śniadaniem zapraszał go na kieliszek wódeczki, wymawiał się, upewniając, że mu doktorowie, pod karą śmierci, wzbronili używania jakichbądź trunków. Ale tak protestując, wychylał się milczkiem do innego pokoju i tam z rozkoszą przyciskał do ust szklaną szyję nieodstępnéj towarzyszki swego życia. Ślady gorącéj a tajonéj miłości jego ku niéj krwawym rumieńcem odbijały mu się na nosie i tłustych policzkach, czego sentymentalny pan Onufry okrutnie się wstydził, i za co niemiłosiernie mu dokuczał drwinkami i wymówkami. Pan Dyonizy mścił się, wyśmiewając matrymonialne zapędy brata, których łódź, pełna romansowych pieśni i dźwięków gitary, rozbiła się o twarde, jak skała, serca trzech komisarzówien, czterech asesorówien i pięciu czy sześciu córek dzierżawców i właścicieli z sąsiedztwa. Z tego wszystkiego wynikła między braćmi wzajemna niechęć. To téż i do Jodłowéj nie przyjechali oni razem, ale niespodzianie się tam zjechali, a niezbyt radzi ze spotkania, siedzieli milcząco w bawialnym pokoju Dembowskich.
Zmrok już zapadać zaczął, kiedy Klotylda weszła do tego pokoju. Na stole kipiał samowar, Elżunia zabierała się do nalewania herbaty, a wszyscy siedzieli odwróceni ode drzwi, któremi wchodziła pani Warska, pan Dyonizy z ręką przyciśniętą do oszklonéj flaszką piersi, pan Onufry z gitarą na kolanach.
— Niech-że pan co zaśpiewa — mówiła Elżunia, nie słysząc wejścia Klotyldy, która zatrzymała się nieco u drzwi.