— Ależ tobie to bardzo smutno być musi.

— Tak, moja pani droga. To téż siostry mówią, żem bardzo posmutniała. Czasem płakać mi się chce, czasem do niczego ochota nie bierze, i gdybym miała skrzydła, tobym tak, zdaje się, zaraz poleciała pod niebo, byle daléj od ziemi. A jednak nie pragnę, ażeby inaczéj było... bo wiem, że jemu nie było-by ze mną dobrze, bo jemu innéj trzeba... a jabym nieba mu przychyliła, gdybym mogła, całém życiem mojém kupiła-bym dla niego szczęście... Zresztą, dobrze mówi nasz ksiądz Stanisław, że życie człowieka jest króciuchne jak sen; wszystko w niém mija i tylko to zostawia po sobie ślady, co dobrego uczynimy na świecie. A mnie się zdaje, że dobrze jest cierpiéć w milczeniu i pokorze, zapomniéć o sobie saméj i pragnąć szczęścia tylko dla ukochanych naszych...

Klotylda ze wzruszeniem słuchała słów dziewczyny, popatrzyła chwilę na jéj oczy, wzniesione ku górze i zamglone wilgocią, a w końcu rzekła:

— Powiedz mi, dziecko, zkąd ci przyszły te myśli podniosłe i święte? zkąd w tobie uczucie to bohaterskie? Tak, masz słuszność, tyś wiejska dziewczyna, mało uczyłaś się, mniéj jeszcze widziałaś; jakimże więc cudem odgadłaś tajemnice najświętszych uczuć, posiadłaś szerokość najwznioślejszych myśli?...

Magdzi twarz zarumieniła się z razu, a potém powlokła wyrazem zamyślenia. Długo nie odpowiadała; szły obie ręka w rękę pod szumiącemi jodłami.

— Więc mówisz pani — ozwała się wreszcie dziewczyna — że mam jakieś myśli, jakieś uczucia niezwyczajne w położeniu mojém cichém i ciemném? Prawda, siostry moje, dobre i kochane, nie miewają takich myśli i uczuć. Jak się to stało? zaczekaj pani... powiem zaraz.

Znowu milczała przez chwilę, a potém mówiła:

— Najprzód, zdaje mi się, że już sam Bóg rozmaicie różnych ludzi tworzy. Zdarzało mi się widziéć dzieci, chowane razem, a jednak jedno z nich bywało smutne, inne wesołe, jedno dobre, inne złe. Jam z dzieciństwa smutniejsza była od moich sióstr; mało cieszyłam się zabawkami, patrzyłam więcéj na niebo, niż na ziemię. Potém, pani, kiedy obraz jego zaczął ukazywać mi się w każdéj godzinie dnia i w każdym śnie nocy, po-raz piérwszy położyłam rękę na sercu i zdało mi się, iż czułam, jak pod dłonią moją serce to rosło, rozszerzało się, żeby ogarnąć sobą wszystko, co żyje wkoło. Potém, przy każdém widzeniu jego, pilnie słuchałam tego, co mówił, a on tak pięknie mówi! I z jego słów tworzyły się w mojéj głowie obrazy, nad któremi myślałam po odjeździe jego długo, długo!... brzmienie ich zostawało w moich uszach, i mimowoli zaczynałam mówić tak, jak on. Raz byłam u Grodzickiéj w N. I on tam przyszedł i przyniósł z sobą książkę, i zapytał mię, czym jéj nie czytała. Powiedziałam, że nie, bom do owego czasu nigdy nic nie czytywała. Poprosiłam go o tę książkę; dał mi ją i czytałam, i nauczyłam się jéj na pamięć. Były to poezye Mickiewicza. I wszystkie słowa, i wszystkie obrazy tych wierszy osiadły odtąd w mojém sercu, a gdym się nad niemi zastanawiała, myśl mi krążyła po głowie tak szybko, że musiałam co najprędzéj czém inném się zająć, bo czułam, iż długo takiego stanu wytrzymać-bym nie mogła. Tak uczucie do uczucia, myśl do myśli, składały się, jak ziarnko do ziarnka, i dlatego może pani mówi, że dziwnie jakoś myślę i czuję.

Klotylda nic nie odpowiedziała; była wzruszoną naiwną spowiedzią dziewczęcia. Dochodząc do ganku Dembowskich, miały się już pożegnać.

— Czy pan Dolewski będzie jutro u was? — spytała Klotylda.