— Przyjedzie jeszcze jutro, a potém aż za dni kilka.

Mówiąc to, Magdzia patrzyła na Klotyldę i wyraźnie coś powiedziéć chciała; ale wahała się przez nieśmiałość, aż w końcu objęła ją rękoma i, tuląc się do jéj piersi, szepnęła:

— Moja droga pani! mój aniołku śliczny! nie będziesz się gniewała na mnie za to, co powiem?

— Ja miała-bym się na ciebie gniewać za cokolwiek? Mów, mów wszystko, moje miluchne dziecię!

— Pan Lucyan... — szepnęło dziewczę — pan Lucyan... od tego dnia, w którym był u pani... zrobił się jakiś inny...

— Jakiż to?... — spytała z uśmiechem Klotylda.

— Ja nie wiem — odrzekła Magdzia. — Nie jest smutny... nie... ale jakby zamyślony, jakby niespokojny... słowem nie taki jak zawsze. Mnie przykro na niego patrzéć, bo przeczuwam, że on cierpi, i dla tego, pani droga, mówię to tobie, bo nie chcę, żeby on cierpiał...

— A cóż ja na to poradzę, dziecko?

Magdzia wyprostowana stanęła naprzeciw Klotyldy, ujęła jéj rękę w swoje dłonie i rzekła pewniejszym już głosem:

— O pani, takie piękne jak ty anioły, mają skrzydła śnieżne i miękkie, któremi mogą z czoła ludzi chmury smutku spędzać. Takie piękne, jak ty, anioły od gwiazd pożyczyły promieni do oczu swoich, aby rozświecać niemi myśli tych, którzy są niespokojni i smutni. Ty pani jesteś pięknym i dobrym aniołem; powioń skrzydełkiem, spójrz błyszczącemi oczyma, a przestanie cierpiéć ten, który cierpiéć nie powinien.