To mówiąc, wysunęła rękę z dłoni Klotyldy i wbiegła do sieni, a pani Warska powoli zeszła z ganku i, bardzo zamyślona, ze schyloną głową, poszła ku swemu mieszkaniu.

Nazajutrz Marylka zdziwiła się mocno, usłyszawszy dzwonek pani swojéj, wzywający ją do sypialni o parę godzin wcześniéj niż zwykle.

Zaledwie ósma była godzina, gdy Klotylda w białém ranném ubraniu wyszła do ogrodu, minęła klomby kwiatowe, staw i obszerny trawnik i weszła do szerokiéj, ciemnéj alei, któréj jedna strona, otoczona żelazném ogrodzeniem, dotykała pocztowego gościńca. W środku alei téj, była w ogrodzeniu furtka, wychodząca na szeroką drogę, po obu stronach, mającą brzozowe ławeczki.

Klotylda z książką w ręku usiadła na ławeczce obok furtki, gdy zdala dał się słyszéć tentent konia. Podniosła głowę i niedaleko siebie ujrzała jadącego konno Lucyana. I on ją zobaczył, zwolnił bieg konia i przez chwilę zdawał się wahać, czy ma się zbliżyć do dziedziczki Jodłowéj, przez którą przed kilku dniami tak uprzejmie przyjętym został. Nie zbliżył się jednak, tylko ukłonił się z grzecznością i uszanowaniem. Klotylda oddała mu ukłon, ale, gdy odjechał, na twarzy jéj odmalował się wyraz zdziwienia i żalu. Wypuściła z rąk książkę, pochyliła czoło na obie dłonie i długo pod cieniem jodeł siedziała w zamyśleniu.

Gdy w godzinę potém weszła do swojéj sypialni, ubierającéj ją Marylce zdało się, że na jéj oczach widziała ślady łez; nie była jednak pewna tego, tém bardziéj, że, w czasie ubierania się, Klotylda rozmawiała z nią i parę razy głośno się rozśmiała z dowcipnéj gadaniny subretki. Śmiech ten wszakże uderzył garderobianę czémś niezwykłém, drżało w nim coś, z czego nie umiała zdać sobie sprawy, dla tego pewnie, że nigdy jeszcze dźwięku takiego w śmiechu swéj pani nie słyszała.

Kto uważnie słucha wszystkich odgłosów ludzkiego serca, ten w śmiechu nie samę tylko wesołość usłyszéć może; drżą w nim niekiedy tajone i tłumione łzy. Ale żeby ich w śmiechu czyimś dosłyszéć, trzeba wprzód samemu ścisłą z cierpieniem zawrzéć znajomość; trzeba, według słów jednego z pisarzy, posiąść jedyną naukę, mogącą wwieść człowieka w głębiny serc innych ludzi, trzeba się nauczyć „alchemii łez”.

Tego wieczora Magdzia przybiegła do Klotyldy, siedzącéj na ganku od ogrodu.

— No cóż, moja Magdeczko — spytała ją żartobliwie pani Warska, — czy pan Lucyan i dziś był „jakiś inny”?

— Dziś, pani — odrzekło dziewczę, — pan Lucyan był bardzo wesoły; opowiadając o czémś ojcu, śmiał się kilka razy; ale ja w tym śmiechu coś niedobrego przeczułam...

— I cóż ty tam w tym śmiechu przeczułaś, marzycielko?