Lucyan Dolewski całą godzinę przesiedział przy choréj, poczém oświadczył, że przyjedzie dopiéro za tydzień, bo konwalescentka może się bez niego obejść, a on ma pacyentów, do których na dni kilka pojechać musi.

— A u pani Warskiéj, czy pan nie będzie? — spytała go Magdzia.

— Dziś nie — odrzekł obojętnie; — zawcześnie jeszcze na wizytę — dodał, patrząc na zegarek.

— Widziałam jednak — ozwała się Elżusia — że pani Warska pojechała już konno na spacer.

Na te słowa w oczach Lucyana zamigotało jakieś dziwne światło; znawca fizyognomii ludzkich rzekłby, iż byłto błysk nadziei.

— Jak się ma pani Warska? — spytał, zwracając się ku Magdzi.

— Zawsze śliczna i dobra jak anioł — odparło dziewczę.

Doktor pożegnał wszystkich, siadł na koń i zwolna jechał pocztową drogą.

Pogodnie i cicho było na świecie, znikąd odgłosów żadnych; spokój panował w naturze, a jednak Lucyan, jadąc, oglądał się ciągle wkoło, jakby czegoś szukał oczyma, jakby dosłuchiwał się jakichś odgłosów. Na drzewach, zdobiących drogę, drżały listki pozłacane słońcem, w powietrzu czystém krzyżowały się strugi błękitnych i złotych promieni. Młody człowiek jechał drogą zwolna, zamyślony, niespokojny, a przed nim migotały ciągle ciemne, smutne oczy Klotyldy i ukazywała się na promieniu zawieszona biała, przezroczysta jéj twarz. Jechał powoli i był już na zakręcie drogi pod samą górą, gdy między jodłami, wysoko nad sobą, posłyszał szelest niezwykły i chrzęst łamiących się gałęzi. Spojrzał w górę: śród czarnych i gęstych drzew, wąziuchną dróżką, zwolna i coraz niżéj, na siwym koniu, zstępowała Klotylda. Wybornie ujeżdżony koń z wdziękiem i ostrożnie stąpał po spadzistéj pochyłości, a ona, jedną ręką trzymając cugle Pegaza, drugą uchylała sobie z nad głowy opadające wciąż kolczaste gałęzie. Chwilami znikała całkiem po-za drzew gęstwiną i wychylała się znowu na szerszą przestrzeń, cała opromieniona słońcem i orzucona zielonemi kolcami jodeł.

Gniady koń jeźdźca na pocztowéj drodze, stanął jak wryty, wstrzymany nagle gwałtowną ręką swego pana. Lucyan patrzył na zjawisko, zstępujące ku niemu z góry.