Wązka dróżka, którą jechała Klotylda, rozszerzała się coraz bardziéj, spadzistość coraz mniéj była stromą, amazonka na siwym rumaku coraz prędzéj zbiegała ku drodze, i po chwili była już o kilka tylko kroków od jeźdźca na gniadoszu.
— Dzień dobry pani — zawołał, uchylając czapki Lucyan.
— Dzień dobry panu — odrzekła amazonka.
Pegaz stanął obok gniadosza i zwrócił się w tym samym co tamten kierunku.
Poranny wietrzyk i szybka jazda, lekkim rumieńcem zabarwiła twarz Klotyldy, Lucyan przeciwnie był blady tą bladością wzruszenia, która wszystką krew do serca sprowadza.
— Pani tak wcześnie odbywa konne przejażdżki? — ozwał się po chwili młody człowiek.
— Ranek był piękny, jeździłam na cmentarz. — I ukazała ręką widniejący na górze pomnik.
— To pomnik matki pani?
— Tak panie.
Rozmowa, obojętnym prowadzona tonem, przerwała się. Pegaz zwolna postąpił naprzód, gniadosz szedł za nim.