— Pan jedziesz od choréj? — ozwała się po chwili milczenia, Klotylda.

— Tak pani, a raczéj od konwalescentki.

— Czy długo jeszcze pan będziesz ją codziennie odwiedzał?

— Przeciwnie, przyjadę ledwie za dni kilka.

— A przez ten czas pan ciągle będziesz w N.?

— Mam odwiedziéć pacyentów, o kilka mil ode mnie mieszkających.

Znowu umilkli, jadąc ciągle razem drogą szeroką. Minęli górę, a wkoło nich rozłożyły się barwne kwiatami i ozłocone słońcem łąki. Pod lasem żółciały pasące się stada, z dali do pocztowéj drogi dochodził ryk bydła i smętna jakaś piosenka pasterza. Powietrze majowe drżało całe promieńmi i cichym gwarem owadów.

— Chcesz pan — ozwała się po długiém milczeniu Klotylda — chcesz pan sprobować doskonałości naszych wierzchowców? Kto z nas kogo prześcignie?

I, nie dając Lucyanowi czasu do odpowiedzi, pochwyciła silnie cugle swego konia, zawołała nań pieszczotliwie i popędziła drogą jak strzała.

Gniadosz Lucyana, targnięty ręką pana, zerwał się z miejsca i pogonił za Pegazem.