Biegli tak jedno za drugiém, unoszeni dzielnemi końmi, całą wiorstę; w końcu gniadosz doścignął Pegaza, przepędził go o kilkanaście kroków i stanął, silną ręką wstrzymany.
Klotylda téż stanęła.
— Zwycięztwo przy panu! — zawołała ze śmiechem, podnosząc rękę do kapelusika, niby rycerskim ukłonem.
Twarz jéj pałała żywym rumieńcem zmęczenia, pierś podnosiła się szybkim oddechem, wpół otwarte usta okazywały dwa rzędy białych zębów.
Wyraz twarzy Lucyana był obojętny, bladość tylko jego, zamiast zniknąć przez ruch i zmęczenie, powiększyła się jeszcze. Patrzył na Klotyldę i uśmiechał się zwykłym swoim poważnym uśmiechem.
Pani Warska spojrzała w stronę swego dworu.
— Daleko odjechałam od domu — rzekła — trzeba wracać. Pan mię odwiedzisz w Jodłowéj, nieprawdaż? — dodała, patrząc w twarz doktora i wyciągając ku niemu rękę.
Lucyan wziął drobną rączkę i przez chwilę zatrzymał ją w swéj dłoni.
— W Jodłowéj, pani — odpowiedział — w Jodłowéj... tak, będę... ale nie wiem kiedy.
To mówiąc, schylił się na koniu, pocałował rękę Klotyldy i miał odjechać, gdy ona raz jeszcze zwracając się ku niemu i wstrzymując swego konia, rzekła: