— Przyjedź pan, przyjedź, bo mi na seryo brak towarzystwa pana.
I rozjechali się w przeciwne strony; ale o parę wiorst od Jodłowéj, Lucyan zdjął czapkę z gorejącego czoła i rzekł gwałtownie do siebie:
— Szaleństwo! co się ze mną dzieje? dziwny wpływ wywiera na mnie ta kobieta. Pocóżem ją spotkał? Ha! los... wszakże nie chciałem tego... Głowa mi płonie! szalony jestem! Nie, tak być nie może, ja się od tego obronić muszę!...
A Klotylda, pożegnawszy Lucyana, nie pojechała prosto do domu, ale zwróciła się na prawo, drogą ku lasowi wiodącą. Jechała zwolna, a na twarzy jéj malowały się: niepokój i wzruszenie; wreszcie, gdy już wjechała w głąb’ lasu, poniosła rękę do czoła i rzekła do siebie:
— Pocóż go spotkałam? Dziwne wrażenie wywiera na mnie ten człowiek. Wolała-bym była go nie widziéć, a jednak sama go szukałam. Pocóż ta kobieta zachorowała? poco on tu przyjeżdżał? Ha! bądź co bądź, nie poddam się!
IV. Odpust
W pogodny dzień przed zachodem słońca, Klotylda siedziała z Magdzią na ulubionym swoim ganku, gdy Marylka ozajmiła, że pani Grodzicka z N. pragnie ją widziéć.
— A, pani Grodzicka! ta właśnie, o któréj synu mówił mi zawczoraj ksiądz proboszcz. Proś, proś ją tutaj! — rzekła Klotylda.
Po chwili, wprowadzona przez Marylkę, weszła na ganek pani sędzina, w swoim nieśmiertelym, oszytym wytartym aksamitem kaftaniku i z niezbędnemi filutkami na skroniach. Mimo przepychu, którym ujrzała się otoczona w Jodłowéj, jak przystało na ex-właścicielkę Wólki, karety i budoaru, pełnym godności ukłonem powitała panią Warską. Klotylda powstała uprzejmie z kanapki, usiadła na fotelu, a zaszczytne miejsce wskazała przybyłéj.
— Przyjechałam, aby podziękować pani — ozwała się Grodzicka — za łaskawie udzielone mi przyrzeczenie pomocy w wychowaniu mego syna...