— Ja to właśnie — żywo przerwała Klotylda — winnam dziękować pani za przyjemność, jaką mi to sprawi, że będę jéj użyteczną, przyczyniając się zarazem do wychowania, dzielnego może na przyszłość człowieka. Słyszałam, że syn pani ma wielkie zdolności.

— A, już to, pani dobrodziejko, odziedziczył po swoich przodkach. Kiedy był jeszcze małém dzieckiem, mąż mojéj siostrzenicy, marszałek X., lubił bawić się w nim w moim budoarze w Wólce i zawsze mówił, że Mieczek będzie tak rozumny, jak dziad jego a mój nieboszczyk ojciec. Mam, pani dobrodziejko, bogatą familią i sama niegdyś jeździłam karetami i mieszkałam w pałacu, ale teraz... kiedy, skutkiem nieszczęśliwych okoliczności, straciłam fortunę, mój Mieczek byłby się zmarnował, gdyby nie starania pana Lucyana, a teraz łaskawe względy pani dobrodziejki...

— Mówił mi właśnie ksiądz Stanisław, że pan Dolewski uczył przez lat parę syna pani, mimo licznych zajęć, jakich powołanie jego wymaga. Bardzo to zapewne pięknie z jego strony, ale od końca wakacyi syna pani wyślemy do szkół wileńskich, a potém da Bóg do uniwersytetu.

Twarz Grodzickiéj rozjaśniła się wielką, macierzyńską radością, łzy wdzięczności nabiegły do jéj oczu.

— Dokończysz pani — rzekła drżącym od wzruszenia głosem — szlachetnego czynu zaczętego przez poczciwego pana Lucyana. Niech was oboje Pan Bóg i Najświętsza Panna błogosławi, a z wami i księdza Stanisława, który umiał przemówić do twego serca, pani, za mną i za mojém dzieckiem.

To mówiąc, powstała pani sędzina i miała już żegnać Klotyldę, gdy nagle, jakby sobie coś przypomniała, rzekła:

— Czy pani dobrodziejka nie będzie jutro w N. na odpuście?

— Jakiż to będzie odpust, kochana pani?

— Dzień świętego Stanisława, patrona kościoła naszego i księdza proboszcza.

— Dzień ósmego Maja — wtrąciła Magdzia.