— A, kiedy tak, to będę koniecznie. Pomodlę się i powinszuję księdzu proboszczowi, dla którego mam prawdziwy i głęboki szacunek.
Grodzicka wyszła, a Klotylda spojrzała na Magdzią, która siedziała w cieniu zielonych gałęzi i patrzyła na wschodzące gwiazdy.
— O czém tak myślisz, Magdziu? — spytała.
— Myślałam o tém — odparło dziewczę — że gdyby te dwie gwiazdy, co tak pięknie świecą, połączyły się ze sobą, było-by z nich słońce.
Klotylda uśmiechnęła się.
— Marzysz, dziecko — odrzekła; — pójdź ze mną do biblioteki, poczytamy trochę.
Tymczasem Grodzicka, wróciwszy do N., nie miała nic pilniejszego do zrobienia, jak podzielić się z kimkolwiek wieścią, że pani Warska podjęła się wychowania jéj syna i że nazajutrz ma być w kościele na nabożeństwie i u księdza proboszcza z powinszowaniem.
W miasteczku i okolicy mało osób widziało panią Warską. Niektórzy pamiętali ją, gdy, dzieckiem będąc małém, przyjeżdżała do kościoła ze swoją matką, a wszyscy tyle rzeczy nasłuchali się o niéj, wyobrażali ją sobie tak piękną, tak światową, tak niepodobną do nich wszystkich, że wzbudzała ogólną ciekawość. Wieść o jéj dobrym czynie, względem syna Grodzickiéj, ciekawość tę powiększyć jeszcze musiała.
Pani sędzina z opowiadaniem swojém pobiegła do pani Owsickiéj, u któréj w owéj chwili obecną była panna Zuzanna. Szeherezada podreptała coprędzéj, aby o tém, co nastąpić miało nazajutrz, oznajmić „pani aptekarzowéj dobrodziejce”.
U pani Dolewskiéj znalazła grubą panią Jęczmionkowską, obywatelkę z sąsiedztwa, z dwiema dorosłemi córkami, bywającą u aptekarzowéj z powodu syna jéj doktora, któryby się wielce zdał na męża pełnoletniéj Elfrydy albo Zenobii. Pani Jęczmionkowska wysłuchała wszystkiego, a wracając do domu, spotkała w drodze Harasimowicza młodszego. Wychyliła się z krytéj nejtyczanki i zawołała do szlachcica, jadącego bryczką: