— Panie Onufry! jutro na odpuście będzie pani Warska z Jodłowéj.
Pan Onufry odpowiedział, jak tylko mógł najgłośniéj, że zna już panią Warską i pojechał daléj, rozmyślając nad wyborem pieśni, z któremi się jutro popisywać będzie; ale, gdy dojeżdżał do bramy swego domu, ujrzał jadącego konno pana Barszcza i, zawoławszy na furmana, aby się zatrzymał, spytał sąsiada, czy będzie na jutrzejszym odpuście, a otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, dodał, niby od niechcenia:
— Byłem onegdaj w Jodłowéj i poznałem panią Warską. Mówiła mi, że będzie na jutrzejszym odpuście.
Pan Barszcz otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
— Tak, tak — potwierdził Harasimowicz — poznałem panią Warską; śpiewała przy mojéj gitarze „już księżyc zaszedł” i zapraszała mię do siebie. Ale już to sąsiad wiész, że ja do bratania się z panami nie bardzo skory. Niech wprzódy się naproszą. Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Ale, pani Warska ładna, dalibóg ładna.
To powiedziawszy, pojechał Harasimowicz, a Barszcz na swoim kasztanowatym, o białym ogonie koniku, galopem puścił się ku dworowi młodego pana Rodryga Wiercińskiego. Wpadł do Wiercina, przebiegł przez zapylone pokoje panicza, u którego był totumfackim i pieczeniarzem, i znalazł gospodarza domu, stojącego przed lustrem i pogrążonego w studyach nad udoskonaleniem nowo wynalezionego sposobu zawiązywania krawata na węzeł o jednéj kokardzie, a dwóch końcach.
Barszcz śpiesznie go uwiadomił, że na jutrzejszym odpuście w N. będzie przybyła niedawno z Warszawy dziedziczka Jodłowéj. Pan Rodryg ucieszył się niezmiernie tą nowiną.
— Młoda wdówka — zawołał, klaskając w palce jak w kastaniety. — Wiész co, Barszczu, że to partyjka nielada. Pojadę, pojadę. Tylko ten przeklęty węzeł, nie mogę zawiązać go, jak należy. Barszcz! zawiąż mi krawat tak, żeby była jedna kokarda, a dwa końce.
Serwacy Barszcz wspiął się na palce, bo był nizki, a pan Rodryg wysoki, i wziął w obroty szyję swego mecenasa. Po kwadransie mozołu i sapania, wynalazek został udoskonalony, węzeł miał jednę kokardę, a dwa końce i Barszcz dostał za to na kolacyą kotlety baranie i kieliszek madery.
Tak w wigilią odpustu cała niemal okolica czekała jutrzejszego pojawienia się w kościele pani Warskiéj i mówiła o niéj. Jeden tylko człowiek w dniu tym nie posłyszał z niczyich ust jéj nazwiska i nie dowiedział się o niczém. Lucyan Dolewski był nieobecny w N., bo od dni kilku siedział nieodstępnie nad łóżkiem jednego z sąsiednich mieszkańców, chorego ojca licznéj rodziny. W zasłonionym zielonemi roletami pokoju, śród ciszy, otaczającéj zwykle łoże chorego, młody doktor siedział dniem i nocą, śledząc wszystkie poruszenia pacyenta, doglądając go z całém poświęceniem kapłana czynu i nauki. Niekiedy tylko, gdy chory usypiał, młody człowiek zamyślał się z czołem na dłoni wspartém, a wtedy śród ciemno-zielonego tła pokoju, łzą brylantową błyskały ku niemu wielkie, ciemne oczy i uśmiechem purpurowych, wilgotnych ust, wabiła twarz biała.