I młodzieniec dumaniem z tych oczu i z tego lica wysnuwał całą postać ślicznéj kobiety; obejmował ją gorącém marzeniem, muskał grube warkocze jéj włosów, tonął w pałających oczach i dotykał miękkiéj, drżącéj w jego uścisku ręki. A z dumań tych budził go jęk chorego, przypominający młodemu doktorowi, że dla czynu, który go wzywał, miał odtrącić od siebie powabne mary wyobraźni swojéj.

Zaledwie jednak dobroczynna dłoń doktora, dała chwilę spokoju złożonemu chorobą, marzenia wracały do Lucyana coraz uporniejsze, bo skąpane w gorączce kilku nocy bezsennych i w męce daremnego walczenia ze sobą.

Łatwiéj powstrzymać w biegu bystry prąd wód spienionych, niż stłumić wzrost namiętności, szybko ogarniającéj serce młode, a uczuć spragnione.

Łatwiéj zbadać kierunek, w którym płyną pod niebem obłoki białe, niż odgadnąć kędy zawiodą człowieka marzenia jego, w długiém skąpane pragnieniu.

Łatwiéj, o łatwiéj było rozumowi ludzkiemu odkryć prawdę, że słońce stoi nieruchome, śród krążących wkoło niego planet, jak powiedziéć sercu: stój! gdy ono, ogarnięte płomieniem, leci ku źródłu miłości...

*

Nadszedł dzień ósmego Maja, pogodny i ciepły. Kościół w N. od samego rana oblężony był mnóztwem chłopskich wozów i szlacheckich parokonnych bryczek. Z wozów zsiadali chłopi w szarych świtach, od święta przepasanych czerwonemi pasami, zdejmowali z głowy słomiane o szerokich brzegach kapelusze i z nizkim ukłonem przed zamkniętemi jeszcze drzwiami kościoła, naznaczywszy pierś wielkim krzyżem, zasiadali wkoło parkanu, śmiejąc się, gwarząc i witając sąsiadów z poblizkich wiosek.

Nieco zdala od mężczyzn, z drugiéj strony parkanu i na kościelnym cmentarzu, rozsiadły się kwieciste, barwne grona mołodyc i dziewek. Głowy miały strojne w ponsowe, białe i żółte chusty, a nad czołami sterczały pęki zieleni, zmieszanéj z polnemi kwiatami. Szlachta, zsiadłszy z bryczek, odprawiała furmanów z końmi do karczmy, a sama gromadą szła do plebanii, winszować księdzu proboszczowi imienin. Po krótkiéj tam bytności wychodzili wszyscy na miasteczko i przechadzali się grupami po placu. I tu tworzyły się podziały na sfery i klasy. Dzierżawcy wielkich dóbr z góry patrzyli na drobnych posiadaczy, drobni posiadacze imponowali małym dzierżawcom, a ci zadzierali nosy przed oficyalistami, którzy znowu ze wzgardą spoglądali na chłopów.

O, nigdzie i nigdy nie znikająca pycho ludzi, głupia pycho robaków!

Gwar więc pod kościołem był wielki. Sejmikowała drobna szlachta, gwarzyli chłopi, śmiały się i swawoliły dziewczęta, na rękach mołodyc w niebogłosy wrzeszczały dzieciaki. A śród tłumu, często gęsto ukazywały się rude pejsy i wyszarzane jarmułki żydów, chodzących od szlachty do oficyalistów, od oficyalistów do chłopów i prawiących jednym o urodzajach, innym o koniach i bydle, innych nakoniec częstując tabaczką i zapraszając na gorzałkę.