Między tym tłumem przecisnęła się do kościoła pani Owsicka, ze swemi worami, napakowanemi książkami do nabożeństwa; panna Zuzanna w watowéj salopie, mimo ciepła; pani Dolewska w czarnéj wełnianéj sukni, jedwabnéj mantyli i czarnéj jedwabnéj chusteczce, zawiązanéj na świeżo wygarnirowanym czepeczku. Za niemi niebawem przeszła plac i weszła do kościoła pani sędzina Grodzicka, z bardziéj niż kiedy wypomadowanemi filutkami i z dwunastoletnią Walerką, ustrojoną w różową muślinową sukienkę, dar panien Jęczmionkowskich, które, wiedząc o szczególném współczuciu Lucyana Dolewskiego dla rodziny Grodzickich, chciały tą ofiarą wydać się filatropkami w oczach powabnego doktora.
Wreszcie, o godzinie jedenastéj, ozwał się głos dzwonu, oznajmujący blizkie nabożeństwo; jednocześnie dało się słyszéć kilkakrotne klaskanie z bata i wnet ukazała się amerykanka, zaprzężona czterema końmi w lejc, a z niéj wysiedli przed kościołem pan Rodryg i pan Barszcz.
Wierciński miał ubranie, jakby zdjęte z żurnalu: piękny węzeł krawata, o jednéj kokardzie, a dwóch końcach, piękną fryzurę, wyszłą tylko co z objęć żelazka i najpiękniejsze ze wszystkiego pince-nez, tkwiące na zadartym nosku. Barszcz z miną tryumfatora wysiadł z eleganckiéj amerykanki swego amfitryona i stanął w bramie kościelnego ogrodzenia, w postawie greckich bohaterów, z góry spoglądając na nędzne robaki, które przypełzły na własnych wozach i bryczkach, a nie przyjechały, jak on, elegancką cudzą amerykanką.
Ale jakby dla zaćmienia szumnego ekwipażu pana Wiercińskiego i jego pieczeniarza, z przeciwnéj strony wjechał na plac miasteczka kocz, zaprzężony czterema pękatemi i pstrokatemi konikami. Kocz ten stanął także naprzeciwko bramy kościelnéj; lokaj, wyglądający na pasterza i ubrany w cóś, co miało oznaczać liberyą, zgramolił się z kozła, stęknął i, otworzywszy z trudem drzwiczki o zardzewiałych zawiasach, począł odkładać stopnie powozu.
Z wysokości na ziemskie niziny powoli i majestatycznie poczęła spuszczać się najprzód pani Jęczmionkowska, jaśniejąca zieloną suknią w kraty i ponsowém piórem u kapelusza. Za nią leciuchna jak motylek wionęła na ziemię panna Elfryda, fruwając falbanami żółtego muślinu, niby motylemi skrzydły, a za tą jeszcze chwiejnym i sentymentalnym krokiem zstąpiło na padół płaczu bóztwo i piękność rodziny, panna Zenobia, ciągnąc za sobą krzywo wykrojony, ogromny kawał błękitnego bareżu, mający reprezentować ogon u sukni. Trzy panie przeszły przez tłum, matka sapiąc i patrząc z góry, Elfryda fruwając, Zenobia chwiejąc się i płynąc. Panny oglądały się wkoło i szeptały między sobą:
— Elfride! nie widzę tu nikogo, comme il faut.
— Sam gmin, Zenobie! niższa klasa.
Zniknęły w głębi kościoła, a arka Noego, skrzypiąc i piszcząc, posunęła się do karczmy, ku wielkiemu zadowoleniu pstrokatych koni.
Potém zajechał Harasimowicz młodszy, piastując pudło z gitarą; potém Harasimowicz starszy, z dłonią przyciśniętą do szklanego puklerza; z plebanii wyszedł wąsaty organista, a w końcu ukazał się i sam ksiądz proboszcz, w towarzystwie kilku przybyłych na odpust księży.
W téj saméj chwili dał się słyszéć głuchy turkot lekkiego powozu; z za domów na placu ukazały się najprzód cztery wielkie siwe konie, brzękające z cicha kółkami angielskich szorów, potém służba bez liberyi, czarno ubrana i w białych rękawiczkach, nareszcie bardzo nizka i mała podwójna karetka. Wszyscy zwrócili wzrok na piękny powóz, który stanął przed kościołem.