— Kto to? kto to? — szeptała między sobą szlachta.
— Dzielne konie!
— Co za pojazd, niech go licho!
— Kto to przyjechał?
— To znajoma moja, pani Warska z Jodłowéj — odpowiedział Harasimowicz młodszy, dodając:
— Przypatrzcie się jéj tylko; ładna dalibóg bestyjka!
Z karetki wysiadła Klotylda, a za nią Magdzia Dembowska.
Pani Warska ubraną była w suknią z ciemnego jedwabiu; na głowie miała takiéjże barwy kapelusik, zdobny tylko cieniuchną czarną koronką. Nic na niéj nie błyszczało, wszystko było ciemne i bez ozdób, a jednak wytworne. Magdzia, ubrana ręką Klotyldy, w białéj, przezroczystéj sukience i w słomkowym kapeluszu zdobnym jedną tylko różyczką, wyglądała obok świetnéj i wytwornéj kobiety, jak jéj anioł-stróż.
Pan Rodryg, spojrzawszy na Klotyldę, oniemiał, wcisnął mocniéj pince-nez, aż mu nos poczerwieniał i podniósł rękę do wysokiego kapelusza. Chłopi i szlachta otworzyli szeroko oczy i usta, a Harasimowicz młodszy szepnął do sąsiadów:
— A co, czy nie mówiłem, że niczego sobie kobiecina? A jak śpiewa „już księżyc zaszedł” to cudo! Już ja się na tém znam!