Klotylda i Magdzia weszły do kościoła. Tam koło wielkiego ołtarza, więc na arystokratyczném miejscu, zasiadła pani Jęczmionkowska z córkami i kilka pań z wyższéj klasy. Środek kościoła był pusty prawie, bo lud zaczynał dopiéro napływać. Przy wejściu Klotyldy wszystkie panie, siedzące przed wielkim ołtarzem zwróciły na nią oczy, a domyślając się, że widzą panią Warską, jedne się wyprostowały, inne poprawiły sobie suknie, bo były pewne, że dziedziczka Jodłowéj nie zaniedba przejść pompatycznie przez kościół i usiąść na arystokratyczném miejscu, tak jak one zwykły były czynić. Pan Rodryg tego samego snać był zdania, bo szybko przeszedł boczną nawą kościoła pod wielki ołtarz i stanął przy balustradzie, w pozycyi najdogodniejszéj dla pokazania swojéj fryzury i węzła o dwóch końcach.
Ale Klotylda przy wejściu obejrzała się po kościele i, postąpiwszy kilka tylko kroków, usiadła z Magdzią w jednéj z najbliższych ode drzwi ławek. Panie z pod wielkiego ołtarza poruszyły się na ten widok, spojrzały znacząco na siebie i szepnęły jedna do drugiéj:
— Czy widzisz, czy widzisz pani, gdzie usiadła? To dla tego, aby módz lepiéj strzelać oczyma po kościele.
— Imponuje, moja pani, nie chce obok nas usiąść.
— Niby to taka skromniutka, a dyabeł za skórą siedzi.
— Oho! albo to niewiadomo, co z niéj za ptaszek?
— Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi.
Pan Rodryg, widząc, że źle obrał punkt strategiczny, chciał uczynić rejteradę, ale już było zapóźno, bo lud ogromną masą szybko napłynął do kościoła i zagrodził drogę odwrotu młodzieńcowi. Mógł wprawdzie za pomocą łokci utorować sobie przejście ku ławeczce, w któréj usiadła pani Warska, ale żal mu było narażać na niebezpieczeństwo, zetknięcia się z siermięgami, swoję piaskową marynarkę; został więc na niefortunném stanowisku i przez cały ciąg nabożeństwa był w smutnéj konieczności prezentowania swego pięknego węzła i zapiekanéj fryzury paniom Jęczmionkowskim et compagnie.
Wkrótce rozległy się poważne akordy organów, z pod ołtarza chóralną pieśnią, uniósł się pod sklepienie kościelne śpiew księży; obłoki dymu z kadzielnic owiały obraz Najświętszéj Maryi, a lud upadł na kolana, czołami uderzając o posadzkę ceglaną. Całe zebranie zamodliło się gorąco, prócz pań, siedzących pod wielkim ołtarzem i pana Rodryga, z gracyą opartego o balustradę. Piérwszym przeszkadzały w modlitwie wzajemne lustracye pomarańczowych, zielonych i błękitnych sukien i myśl o téj kukietce, która nie chciała obok nich usiąść; drugiemu sprawiała roztargnienie kokarda własnego krawata, która wydawała mu się ciągle dłuższą od końców i dogryzała złość na to, że ani on pani Warskiéj, ani pani Warska jego widziéć nie może.
W niebie utonęli myślą prostaczkowie, w niebie téż utonęły Klotylda i Magdzia, a ci, którzy, na pretensyach swoich zawieszeni między niebem a ziemią, zaparli się prostoty, nie doszedłszy do światła Bożego, zostali, jak zwykle, wodnoziemnemi istotami.