W parę godzin potém skończyło się nabożeństwo; miasteczko roiło się ludem, który nie odjeżdżał do domów, czekając wieczornych nieszporów; karczma wrzała hulanką i pijatyką chłopów, a przed gankiem plebanii stało kilka bryczek szlacheckich, arka pani Jęczmionkowskiéj, amerykanka pana Rodryga i karetka pani Warskiéj.

Ksiądz Stanisław przyjmował gości, którzy po nabożeństwie przyjechali złożyć mu, w dniu jego imienin, życzenia.

W niewielkim bawialnym pokoju, na kanapie, naprzeciw drzwi wchodowych, rozsiadły się pani Jęczmionkowska i dwie znajome jéj panie. Na jednym z fotelów, obok kanapy, siedziała Grodzicka, na drugim Dolewska; trochę daléj ponsowiały wory z książkami Owsickiéj i tuliła się w kątek Szeherezada. Pod oknami na nizkich ławeczkach zasiadły panny Jęczmionkowskie, z dwiema czy trzema podobnemi sobie towarzyszkami, a między niemi bledsza, niż zwykle, Magdzia. Nieco opodal, pod ścianami i piecem, stali i rozmawiali z sobą bracia Harasimowiczowie, pan Barszcz i dwóch Jęczmionkowskich, ojciec i syn; przez drzwi otwarte widać było w drugim pokoju przechadzającego się proboszcza, z dwoma czy trzema księżmi i panem Dembowskim.

Klotylda siedziała profilem zwrócona do drzwi wchodowych, tuż obok pani Dolewskiéj, a obok niéj okręcał się na jednéj nodze pan Rodryg, coraz więcéj wciskając pince-nez na zadarty nosek. Zaraz po wejściu do plebanii prosił on księdza proboszcza, aby go przedstawił pani Warskiéj i od téj chwili nie opuszczał jéj krzesła, mało jednak mając zręczności zamienienia z nią choćby słów kilku, bo Klotylda z wielkiém zajęciem rozmawiała z panią Dolewską.

Mały pokój zapełniony był liczném zebraniem, gwar w nim panował wielki.

— Przyznam się sąsiadce — mówiła, szepcąc, pani Jęczmionkowska do siedzącéj obok wyczepierzonéj damy — że nic tak dalece pięknego, nie widzę w téj pani Warskiéj. At sobie, wystrojona lalka, nic więcéj.

— Sławny bęben za górami — odparła sąsiadka.

— A czy pani Sylwestrowa widziałaś, jak to ona w czasie nabożeństwa, strzelała oczyma po kościele?

— A jakże, i na własne oczy widziałam, jak w kościele chichotały się z tą Dembowską, co to już teraz nosa do góry zadziera, dla tego, że z wielką panią jeździ.

Biedna Magdzia, ani spodziewając się, iż była przedmiotem czyjéj rozmowy, szukała tymczasem spojrzeniem kogoś, którego ciągle, jak nie było, tak nie było, a panie, mówiąc o chichotaniu i strzelaniu oczyma, zapomniały o tém, iż tłum ludzi nie dozwolił im nawet ani razu ujrzéć pani Warskiéj w czasie nabożeństwa.