— Albo i teraz — zaszeptała jeszcze Jęczmionkowska — czy sąsiadka widzisz, jak z pod oczka patrzy na pana Wiercińskiego?

— Zwyczajnie kukietka! Zaprowadzi z nim zaraz romans, sąsiadka zobaczysz.

Zenobie! Zenobie! — ozwała się Elfryda do siostry, siedzącéj blizko drzwi wchodowych — fermez la porte, car il fait des vents.

Bien ma chère — odrzekła Zenobia, płynąc ku drzwiom.

— Boże mój, Boże! — szepnęła panna Zuzanna pani Owsickiéj — jakaż to śliczna ta pani Warska! Rychtyk taka sama śniła się mnie w dzień świętych aniołów-stróżów, niby-to przyszła do mnie i mówi...

— A czy wiész, panno Zuzanno — przerwała Szeherezadzie Owsicka — że ja z panią Warską jechałam w przeszłym roku do Warszawy, w jednym wagonie, i nie wiedziała-bym o tém, panie mój kochany, ale powiedziała mi to dziś siostrzenica moja Marylka, co to u niéj jest panną służącą.

— A jaka pani Warska dobra! — wtrąciła Grodzicka — mego Mieczka na wychowanie wzięła.

Tymczasem Harasimowicz młodszy spoglądał z pod oka przez okno na swoję bryczkę, na któréj leżało pudełko z gitarą, a Harasimowicz starszy oglądał się, rozmyślając, któremi-by drzwiami najłatwiéj się wymknąć, aby na ustroni dać buzi szklanéj kochance.

— Gdzież to syn pani dobrodziejki? — protekcyonalnie ozwała się z wysokości kanapy, pani Jęczmionkowska do pani Dolewskiéj, mając sobie za obowiązek, względem własnéj godności zaciągnięty, przymrużyć zapadłe w tłustych policzkach oczy, przy publiczném przemawianiu do aptekarzowéj.

— Nie wrócił jeszcze od pana B., który na tyfus choruje, i Bóg wié, kiedy wróci — odrzekła matka Lucyana.