Na te słowa Dolewskiéj, Zenobia Jęczmionkowska mdlejąco opuściła głowę na piersi, Elfryda rozpaczliwie wionęła żółtemi falbanami, a Magdzia smutnie pochyliła główkę.

— Miałam przyjemność poznać syna pani — rzekła Klotylda do Dolewskiéj — był nawet tak grzeczny, że mię odwiedził i kilka godzin bardzo mile przepędziłam w jego towarzystwie.

Twarz matki Lucyana rozjaśniła się radością, jak zwykle, gdy słyszała pochlebne o synu swoim wyrazy.

— A mówił mi Lucyan, że był u pani dobrodziejki — odrzekła. — Opowiadał mi o Jodłowéj, że tam istne cuda...

Nie dokończyła mówić, bo otworzyły się drzwi i wszedł Lucyan.

Kilkotygodniowy pobyt w ciemnym i smutnym pokoju chorego, kilka nocy bezsennych, ciągła praca przerywana marzeniami i marzenia, przerywane pracą, powlokły mu twarz lekkim wyrazem zmęczenia, pięknie kontrastującym z blaskiem jego szafirowych, głęboko osadzonych oczu.

Piérwszą osobą, którą ujrzał, wchodząc, była, siedząca naprzeciw drzwi, Klotylda. Na widok jéj strojnéj lecz poważnéj postaci, pochylonéj z uprzejmym uśmiechem ku jego matce, doświadczył uczucia nagłéj radości. Uczucie to odbiło się uśmiechem na smutnych jego ustach i rozpromieniło blade, od zmęczenia, czoło. Klotylda także spojrzała na niego, gdy wchodził i przez chwilę spotkały się z sobą ich oczy.

Między pannami ruch się zrobił: naiwna Magdzia zarumieniła się po uszy, Elfryda szerzéj wionęła falbanami i zasznurowała usta, Zenobia melancholicznie oparła łokieć na stole, a czoło na dłoni i rzekła do siostry:

Elfride! il me se fait faible!

Elfryda nic nie odpowiedziała, aby nie popsuć układu ust.