W jasném oku Cypryana błysnęła szybko powściągnięta łza; wyciągnął rękę do przyjaciela i rzekł:

— Jesteś najpoczciwszy z ludzi, Lucyanie. Ale żebyś się tam dla rozrywki choć zakochał w kimkolwiek — dodał — wracając do dawnéj wesołości.

— Jestem już zakochany — z uśmiechem odpowiedział Lucyan.

— W kimże? w kim? mów prędzéj, mój drogi.

— W pracy — odpowiedział doktor.

— Hm! poważną masz kochankę! Ale wiész, sprobuj wielożeństwa, pozostań wierny pracy, a par dessus le marché, zakochaj się w jakim ładnym buziaczku. Ale à propos zakochania i buziaczków — zawołał nagle, zrywając się z krzesła — mam zapytać cię o rzecz wielkiéj wagi. Bywają u was niekiedy dziwne nazwiska. Macie naprzykład Komara, Mola, Żabę, Koziełła. Czyś nie słyszał kiedy o nazwisku: Kameleon?

— Nie, o takiém nazwisku nigdym jeszcze nie słyszał — śmiejąc się, odpowiedział Lucyan.

— Mój Boże! jedna już tylko zostaje rada. Ztąd prosto idę do księgarni i kupuję herbarz Niesieckiego. Jeżeli w nim nie znajdę tego nazwiska, to chyba ona jest cudzoziemką.

— I któż-to, ta ona? — poważnie spytał Lucyan, zapalając cygaro, i dodał: — a raczéj powinieniem-bym powiedziéć, ta dziesiąta, czy dwudziesta twoja ona?

— Piérwsza w życiu, tak powabna! — zawołał Cypryan, cały rozpromieniony wspomnieniem porannego zjawiska. — Wiész co, Lucyanie, ani w Paryżu tak zgrabnéj, ani we Włoszech tak ognistéj nie widziałem kobiety. Nie nazwę jéj piękną, bo to wyraz oklepany, przedstawiający głównie regularność rysów, a u niéj rysy spostrzegają się ostatnie, znikają przed dziwnym wyrazem twarzy. Tę kobietę nie z gliny, ale z płomieni, Bóg utworzył; to téż zwyczajnego glinianego człowieka pali, jak istny płomień.