— Ale w każdym razie — odezwał się znowu Lucyan — powiedz-że mi nareszcie, kto to ta ona?
— Ba! gdybym sam wiedział! Wczoraj wieczorem o kilka stacyi od Warszawy, przesiadając się dla rozmaitości z jednego wagonu do drugiego, znalazłem ją w głębi powozu, zamyśloną, z zasłoną na twarzy, nie tak jednak gęstą, abym nie mógł dojrzéć, że jest prześliczna. Przez całą drogę nie mówiliśmy do siebie ani słowa i skończyło-by się może na milczącéj mojéj admiracyi, gdyby nie karmelki, tak, mówię wyraźnie: gdyby nie karmelki! Nie darmo ktoś mądry powiedział, że małe przyczyny rodzą często wielkie skutki; bo i tą razą jadła ona karmelki i dla téj czynności uznała widać za potrzebne zdjąć rękawiczkę; potém układała sobie różne graciki i przy tém zajęciu musiał zsunąć się z jéj palca piękny brylantowy pierścionek. Wysiadając, pociągnęła go fałdami sukni: ja zobaczyłem, podniosłem, oddałem i fakt ten doprowadził moje interesa do tego pomyślnego stanu, że raczyła mnie zapytać, czy jestem synem mojego ojca, to jest Michała Karłowskiego, o którym musiała słyszéć. Pytanie to ośmieliło mnie zapytać o jéj nazwisko. Pomyślała chwilkę, i odpowiedziała: nazywam się Kameleon! Sądzę, że gdy odeszła, zostałem niemniéj zgłupiały i zdumiony, jak nieszczęsny Papkin, skazany na wyszukanie krokodyla. Gdybym wierzył w metempsychozę, a raczéj w migracyą dusz zwierzęcych w ludzkie ciała, mógłbym zaprawdę uwierzyć, że Kameleon oblókł się w formy téj kobiety; bo wyraz jéj twarzy mieni się, jak barwy tego zwierzęcia. Zdaje mi się, że oczy jéj w mgnieniu oka kilka razy zmieniły kolor: były i piwne, i ciemno-zielone, i czarne jak węgiel. Kameleon! Kameleon! czy słyszałeś kiedy, aby się tak kto nazywał? Przecież myślałem sobie: jeżeli można nazywać się Żabą, dla czegóż-by nie można nazywać się Kameleonem? Miałem więc nadzieję, że dowiem się czego od ciebie.
— Nigdym nie słyszał o tém nazwisku — odrzekł Lucyan — i wątpię, czy ktokolwiek w świecie mógł o niém słyszéć, bo myślę, że musi w tém być jakaś mistyfikacya. Ale powiédz mi, mój drogi, jak możesz zaprzątać sobie głowę kobietą, którą raz tylko widziałeś i z którą ledwie kilka słów zamieniłeś?
— O, poważny medyku! — odparł patetycznie, stając przed Lucyanem, Cypryan; — alboż dla ciebie niezrozumiałe są takie wrażenia, co to uderzają jak gromy, jak błyskawice wdzierają się w samę głąb’ istoty człowieczéj? Spojrzysz w białą twarz, wpatrzysz się w błyszczące oczy, dotkniesz drobnych paluszków i, ani się spostrzeżesz, jak w tém jedném mgnieniu oka wkradnie się do serca twego miłość.
— Miłostka, Cypryanie — zarzucił Lucyan.
— Czemuż nie miłość?
— Tak, miłostka tylko: bo miłość ma szersze podstawy, niż rzut oka na białą twarzyczkę i błyszczące oczy, niż dotknięcie drobnych paluszków. Za piękną twarz i białą rączkę kochać możesz dziś pannę Helenę, jutro pannę Klarę, pojutrze panią Zofią, Maryą lub Adelę; a jeśli każde z tych uczuć o motylowym żywocie zwać będziesz miłością, cóż będzie miłostką?...
— Surowo sądzisz młode i tak zwyczajne u ludzi porywy, mój Lucyanie. Ale, mówiąc na seryo, wyznaję, że, i według mojego zdania, niegodną człowieka jest rzeczą robić ciągłą zabawę z tego, co ma być jedną ze składowych części poważnéj treści całego życia. Nie sądzę, aby dobrze było rzucać serce na wszystkie wichry i, w téj kosztownéj igraszce, tracić fizyczne i moralne siły. Lecz, mój Lucyanie, grzechy i wady pojedynczych ludzi biorą źródło z ogólnego ustroju społeczeństwa. I czyż nie widzisz, że wielu z nas pije ambrozyą łatwych miłostek, jako antydot przeciw poczuciu wielkich bólów, którym zapobiedz nie jesteśmy w mocy? że gdy przed nami zamykają się szranki, w których moglibyśmy w ruch i czynność wprawić żywotne siły nasze, składamy skarby myśli i serca na bank pięknych oczu i drażniących wrażeń, aby nie udusić się własném wewnętrzném bogactwem i nie zmartwiéć całkiem przy jedzeniu obiadów i paleniu cygar, dwóch działaniach, jakie ze wszelką swobodą wykonywać możemy?
— To jest — odpowiedział Lucyan — aby rozerwać próżnowanie i zapomniéć o rzeczywistości, upajacie się miłością, jak, śród próżniactwa haremu i pod groźbą jedwabnego stryczka, Turek upaja się narkotykiem. Ale strzeżcie się! bo jak Turcy po zażyciu opium usypiają ze skrzyżowanemi nogami, tak wy, pijąc ciągle słodką truciznę, możecie usnąć z założonemi rękoma, a wtedy biada wam, bo na długo zamienicie się w Turków, i jedyném szczęściem, jedyną nagrodą, o jakiéj wam marzyć będzie wolno, będą czarne oczy hurysek.
— O mój ty filozofie, czyżeś nigdy nie kochał? — śmiejąc się, zapytał Cypryan.