O prowincyo! piękna jesteś ze swemi wioskami o szerokich polach i ciemnych, wonnych lasach; piękna prostotą serc ludowych, rzewna mozołem i łzami biednych.

Na tle twojém poeci snują sielanki, śród ciszy twéj mędrzec lubi w badaniach utonąć, a kochankom błogo przepędzać chwile miłosne.

Lecz, o prowincyo! straszna jesteś przesądami swemi, okropna plotkami i pretensyami swoich mieszkańców, które, jak ospa szpecą i psują piękne twe oblicze. Plagą jesteś dla tych, którym pozazdrościsz piękności lub wyższego rozumu.

I nie wstydzić się tobie śmiesznostek, płynących z niezgrabności zewnętrznéj i braku ogłady, bo pod grubą powierzchnią może się kryć serce złote; ale wstyd niech ci będzie twoich żądeł kąsających boleśnie, twoich zazdrości, potwarzy i nieprzełamanych przesądów!...

O, gdyby serca twoich mieszkańców były tak szerokie, jak twoich pól rozłogi; gdyby ich umysły rozjaśniły się światłem prawdziwém tak promiennie, jak pod wiosenném słońcem rozjaśniają się złote kobierce łąk twoich i drżące młodemi listkami głębie twoich gajów; gdyby ludzie, którzy cię zamieszkują, żyli ze sobą w takiéj zgodzie, jak ptaszki unoszące się nad głowami rolników i byli tak pełni prostoty, jak piękna przyroda twoja — wtedy, prowincyo, była-byś rajem na ziemi!

Ale niestety! póki nie przechorujesz swojéj ospy, dopóki panie Jęczmionkowskie, panny Elfrydy i Zenobie, panowie Wiercińscy i Barszcze istniéć i puszyć się będą na łonie twojém, — póty, prowincyo, od wschodu do zachodu słońca codziennie módl się do Boga słowami poety: „Światła! światła! i jeszcze światła, o Panie!

Bóg wié do jakiego stopnia doszły-by sentymentalno-rozdraźnione komplikacye, sprawione między gośćmi księdza proboszcza tém, że dwoje ludzi z zajęciem rozmawiało ze sobą, gdyby na szczęście organista z pomocą wiejskiéj dziewczyny nie wniósł na środek bawialni stołu nakrytego, na którym po chwili ukazała się przekąska.

Ksiądz Stanisław zapraszał gości na podaną wędlinę, séry, mleko kwaśne i zrazy zawijane.

— Czém chata bogata, tém rada — mówił proboszcz, wskazując stół gościom; — a może panowie wódeczki napiją się przed śniadaniem? — dodał, zwracając się do mężczyzn.

— Broń Boże! ani kropeleczki — zawołał z oburzeniem Harasimowicz Dyonizy. — Doktorowie pod karą śmierci zabronili mi używać trunków.