Tak zdecydowawszy, panicz z pince-nez zwrócił się znowu ku Klotyldzie; ale o zgrozo! ujrzał ją, ją, która nie raczyła do niego dziesięciu słów przemówić, zajętą żywą rozmową z fel-cze-rem.

Lucyan stał za krzesłem pani Warskiéj i, pochylony nieco ku niéj, opowiadał jéj o czémś z uśmiechem, a ona, zwrócona ku niemu, słuchała go z zajęciem i odpowiadała z widoczném ożywieniem. Rozmowa ta, bardzo zresztą naturalna, ściągnęła baczność wszystkich.

— Uważasz sąsiadka, dwóch razem łowi! — szepnęła Jęczmionkowska-matka.

— Dwa grzyby w barszcz — odrzekła ta sama pani, która wprzódy wypowiedziała przysłowie: „sławny bęben za górami”. Wyraźnie wcielił się w nią duch nieboszczyka Szanso-Pansa.

A wzrok panien Jęczmionkowskich, w miarę jak się przedłużała rozmowa Klotyldy z Lucyanem, zapalał się niechęcią. Zenobia melancholicznie wyrzekała w duchu na niewdzięczność mężczyzn, a Elfryda zaczęła żałować różowego muślinu, darowanego córce Grodzickiéj, w celu zwabienia powabnego doktora okazaną dobroczynnością.

Elfride! il me se veut dormir — ozwała się z przekąsem Zenobia.

— Możesz się położyć i spać, pewno nikt na ciebie nie spojrzy — ze złością odrzekła siostra.

— Nowe sitko na kołku — wtrąciła obok siedząca panna, córka Szanso-Pansa w metampsychozie, wskazując na Lucyana i Klotyldę.

— Patrz sąsiad, jak ta ładna bestyjka bałamuci naszego doktora — zauważył Harasimowicz młodszy na ucho panu Barszczowi.

— Będzie romansik! — odrzekł ten, uderzajęc językiem w podniebienie.