A Harasimowicz Dyonizy stuknął łokciem Barszcza i szepnął:

— Braciszek, panie, w umizgach; piękny mi adonis! he?

Nareszcie całe towarzystwo wstało od stołu i o zgrozo! płeć piękna ujrzała znowu Lucyana, stojącego za dwoma krzesłami, na których obok siebie usiadły Klotylda i jego matka i prowadzącego z panią Warską żywą rozmowę, do któréj mieszała się téż i Dolewska.

Na twarzy staruszki rozlewała się radość; dojrzała ona, że Klotylda bogatego i wymuskanego pana Rodryga traktowała bardzo obojętnie, a z synem jéj rozmawiała prawie ciągle i z widoczną przyjemnością.

Serce matki uderzyło dumą, na widok téj kobiety pięknéj, rozumnéj, świetnéj i bogatéj, publicznie okazującéj jéj synowi tyle szacunku i życzliwości.

Lucyan dojrzał to rozpromienienie twarzy swéj matki, i wzrok jego zdawał się do niéj mówić:

— Nieprawda, że ona jest śliczna i dobra, jak anioł?

— Niechże pani sama osądzi — rzekła wesoło Klotylda, zwracając się do pani Dolewskiéj — czy to jest grzecznie ze strony pana Dolewskiego, że mię dotąd raz tylko odwiedził?

— On zawsze taki zajęty... — tłómaczyła matka.

— Za karę musisz pan być u mnie dzisiaj na obiedzie.