— Radbym serdecznie korzystać z zaproszenia pani, ale dziś nie mogę.
— Dlaczego pan nie możesz? — spytała, badawczo patrząc w twarz młodego człowieka.
— Stan pacyenta mego, pana B., wymaga jeszcze mojéj obecności, i chociaż przesilenie choroby szczęśliwie wróży, muszę przecież wracać doń na dni parę.
— I pan dziś tam pojedziesz?
Lucyan spojrzał na zegarek.
— Za godzinę, pani — odpowiedział.
— I niczém nie można odwieść pana od tego postanowienia?
— Niczém, pani.
— Panie Dolewski, szanuję pana za to — rzekła Klotylda, po krótkiéj chwili milczenia, przez którą z dziwnym wyrazem patrzyła w twarz doktora — jesteś pan człowiekiem czynu — dodała i wyciągnęła do niego rękę.
Twarz Lucyana zajaśniała takim wyrazem szczęścia, jakby się niebo przed nim otworzyło. Ujął podaną sobie rękę i poniósł ją do ust. W téj chwili zapomniał o istnieniu otaczających go ludzi: widział tylko jednę kobietę, słyszał tylko jeden głos.