O kilka jednak kroków od nich stał ktoś, co widział i słyszał wszystko i, zachmurzywszy czoło, dziwnie badawczo a podejrzliwie spojrzał na Klotyldę.

Był to ksiądz Stanisław.

Reszta zebrania nic nie widziała i nie słyszała, bo właśnie w téj chwili rozległy się prośby, zwrócone do pana Harasimowicza młodszego, aby zaśpiewał.

— Czy pan Onufry ma z sobą gitarę? — pytała z kanapy pani Jęczmionkowska.

— Nie pamiętam dobrze, czym ją wziął ze sobą, pani dobrodziejko — odpowiedział, rumieniąc się z radości pan Onufry.

— O, niechże pan zobaczy w swojéj nejtyczance! — zawołała Elfryda, fruwając ku niemu falbaną.

— Prawdziwie, pani dobrodziejko... nie wiem, czy śpiew mój... — zaczął Onufry, zacierając niby z zakłopotaniem ręce.

— O, niech-że pan będzie łaskaw, niech-że pan będzie łaskaw! — ozwało się kilka głosów.

— Nie należy odmawiać bliźnim Bożych darów, które się posiada — zawyrokowała z kanapy skarbnica przysłów.

— Oh — westchnęła Zenobia, zerkając na Lucyana — pan zaśpiewasz nam coś melancholicznego; ja tak lubię śpiew melancholiczny, szczególniéj w pewnych chwilach.