Skonwinkowany temi błaganiami wiejski artysta, ukłonił się damom z wszelką możliwą galanteryą, wykonał zręczną piruetę na jednéj nodze i wyszedł za drzwi; po chwili ukazał się znowu w pokoju z gitarą w objęciu, z głową pochyloną i powolnym krokiem przeszedłszy pokój, usiadł obok panny Zenobii i zanucił smętnie:
„Po stracie szczygła nieszczęsna szczyglica...”
Gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki znakomitéj aryi, Klotylda piérwsza pożegnała księdza proboszcza, i po chwili karetka jéj znikła z dziedzińca plebanii.
Po niéj szybko rozjechali się wszyscy. Arka pani Jęczmionkowskiéj, poważnie toczyła się po piaszczystéj drodze, piszcząc żelaztwem, jak dusza w czyścu cierpiąca, a rozgniewana mama mówiła:
— Przebrzydła kukietka! swemi minami i strojami zakasowała was. A ten głupi Dolewski, to już dla niéj tylko miał oczy. Myśli, że poumieracie z desperacyi, czy co? Ot, wielka mi osobliwość, syn aptekarza! a że się dochrapał doktorstwa, to już zaraz i do wielkiéj pani w pretensyach!
— Mamo — ozwała się sentymentalna Zenobia — czy tylko z pewnością mama kazała Małgosi kołduny dziś na obiad zrobić?
A w eleganckiéj amerykance Rodryg Wierciński pienił się ze złości.
— A to scena prawdziwa! — wołał do Barszcza, burząc zapiekaną fryzurę — czy widziałeś? Wszak traktowała mię en chien, miała oczy tylko dla tego felczera. No, zjé dyabła, jeżeli mnie zobaczy w Jodłowéj! Żeby teraz uklękła przede mną, prosząc, nie pojadę!
— Tego ona i chce podobno — pomyślał w duchu Barszcz, a głośno dodał:
— Naturalnie, że nie warto; albo to pan taką partyą możesz zrobić, jak zechcesz. A czy nie zajedziemy do Lejby, wziąć buteleczkę tego doskonałego miodu, co to onegdaj przywiózł go do Wiercina?