— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
— Na wieki wieków amen!
— Pokój temu domowi!
— I temu, kto to mówi!
Po tém preludium, pani Dolewska wskazała przybyłéj, pannie Zuzannie, ławeczkę naprzeciw siebie.
— Pokornie dziękuję pani aptekarzowéj dobrodziejce — z dygami odrzekła Szeherezada — siądę, siądę, bo zmordowałam się porządnie, jadąc w taki upał i do tego prostym chłopskim wozem.
— Gdzież to panna Zuzanna była? — spytała Dolewska, przerywając sobie głośne liczenie oczek.
— A w Jodłowéj. Grodzicka mi poradziła, żebym udała się do pani Warskiéj, z prośbą o pomoc w mojéj biédzie.
— No i cóż? widziałaś panią Warską?
— Ach, moja pani aptekarzowo dobrodziejko — zawołała panna Zuzanna, składając ręce i kiwając swoją małą główką — co ja widziałam, co ja widziałam! śliczności! śliczności! Czy pani aptekarzowa dobrodziejka pamięta mój sen zaraz po Bożém Narodzeniu, że niby to był taki piękny pałac i taki piękny ogród, jak raj niebieski, i że nibyto po tym ogrodzie pan konsyliarz chodził pod rączkę z jakąś taką piękną panią, że aż oczy trzeba było mrużyć patrząc na nią, i że niby to wyskoczyła na nich bestya i pan konsyliarz rozdarł ją na dwoja?