— Pamiętam, i cóż ztąd?
— Otóż rychtyk słowo w słowo ja dziś wszyściutko to na własne oczy widziałam.
— Jakto, i bestyą? — spytała pani Dolewska z uśmiechem.
— A, broń Panie Boże! bestyi nie było, ale taki sam pałac, taki sam ogród i po tym ogrodzie tak samiuteńko pan konsyliarz chodził pod rączkę z panią Warską. A pani Warska to taka była dziś piękna, niby to anioł, w białéj sukni i z różowym kwiatuszkiem we włosach.
— A mój Lucyś chodził z nią po ogrodzie?
— A jakże!... Boże mój, Boże! pani aptekarzowo dobrodziejko, ta pani Warska, to anioł! Przywitała się ze mną, jak ze swoją równą, prosiła siedzieć i rozmawiała i obdarowała mnie tak, że przez trzy miesiące przynajmniéj, będę miała wszystkiego po uszy. I pan konsyliarz przywitał się ze mną, a potém nic nie mówił, tylko przewracał karty jakiéjś książki i spoglądał czasem na panią Warską. A potém wzięli się pod rączki i poszli w aleję, a ja poszłam do garderoby z Marylką i tylko zdaleka słyszałam, jak pan konsyliarz coś pani Warskiéj opowiadał. A co, pani aptekarzowo dobrodziejko, czy nie sprawdził się mój sen?
Podczas tych słów panny Zuzanny, kilka oczek spadło z drutów pani Dolewskiéj, a twarz jéj miała wyraz to zadowolenia, to obawy; ostatnia snać zwyciężyła, bo odrzekła pannie Zuzannie dość markotnie:
— Daj Boże tylko, panno Zuzanno, żeby tam na niego żadna bestya nie wyskoczyła.
— Broń Boże! Ogród naokoluteńko zagrodzony i zamknięty; gdzieby tam jaka bestya dostała się do takiego raju.
— Marysiu! Marysiu! — zawołała przezedrzwi pani Dolewska — a podawaj-no samowar! Pewno zaraz pan Lucyan przyjedzie. Pójdź tylko piérwéj po bułki, a żwawo, nie tak, jak to ty zawsze łazisz, niby żółw’.