Nic tak nie zbliża dwojga myślących ludzi, jak wspólnie czytana książka. Za jéj pośrednictwem patrzą oni na jedne obrazy, doświadczają jednych wrażeń, razem się smucą i razem się śmieją, a po odczytaniu ostatniéj karty, spostrzegają, że nietylko przeczytali książkę, ale i siebie wzajem głębiéj poznali, ściśléj, niż wprzódy, jednocząc się ze sobą najważniejszym i najtrwalszym ze związków — braterstwem myśli.
Wracając z ogrodu, Klotylda i Lucyan układali plan konnéj przejażdżki o zachodzie słońca, gdy w większym salonie Ignacy podał Klotyldzie otrzymane z poczty dzienniki i list. Klotylda spojrzała na adres listu i Lucyan dojrzał wyraźnie lekkie zsunięcie brwi i szybki rumieniec. Przeprosiła gościa, iż go zostawi na chwilę samego i z listem otrzymanym wybiegła do swego gabinetu.
Lucyana niemiłe ogarnęło uczucie, które przeczuciem raczéj nazwać-by można. Nic nie mogło być prostszego, jak niezadowolenie pani Warskiéj z jakiegoś tam listu i chęć przeczytania go w samotności. A jednak Lucyan dziwnie się zaniepokoił czémś... czém? nie umiał sobie zdać sprawy. Może przelotnym, dojrzanym przez niego, rumieńcem Klotyldy. Zresztą, któż potrafi dokładnie określić te nagłe smutki i obawy, które nieraz bez wyraźnéj przyczyny, śród chwil najsłodszych nawet, ściskają serce człowieka, jakby przypominając mu, że żyje na ziemi, że zatém wszędzie niespodzianie może ujrzéć przed sobą ciemną twarz nieszczęścia?
Lucyan z dziennikiem w ręku wszedł do mniejszego salonu i na lśniącéj posadzce ujrzał rzucony papier. Machinalnie, nie myśląc o tém, co czyni, podjął ten papier i spojrzał nań. Była to koperta, tylko co przez panią Warską otrzymanego listu, którą ona rozdarła i rzuciła.
Na niéj były proste słowa adresu: Pani Klotyldzie Warskiéj, przez Wilno w Jodłowéj, napisane kształtném i wprawném pismem. Wzrok Lucyana przylgnął do nich z takiém wytężeniem, jakby w nich wyrok swój miał czytać. Powstał z krzesła, na którém siedział, rzucił kopertę na stół i rzekł prawie głośno do siebie:
— Tak! to jest jego pismo! Więc oni pisują do siebie!
Przy tych słowach silne cierpienie odbiło się na jego twarzy.
Po godzinie, Klotylda wyszła z gabinetu swego. Wesołość jéj poranna pierzchnęła; była zamyślona i nieco smutna, ale wydawała się zupełnie spokojną. Przy obiedzie, poważnie rozmawiali ze sobą o kwestyach ogólnych, a gdy Lucyan przypomniał z rana ułożoną przejażdżkę, Klotylda odpowiedziała, że nie ma usposobienia do konnéj jazdy i, siadłszy przy fortepianie, zaczęła śpiewać. Gdy skończyła wielką jakąś aryą, Lucyan rzekł od niechcenia niby:
— Czy pani słyszała kiedy śpiew Karłowskigo?
— Słyszałam — żywo odparła Klotylda, i z pośpiechem dodała: