— Jakto, nie wiész? czyście nigdy ze sobą o tém nie mówili? Już téż, kiedy ją kochasz, to, zwyczajnie jak między młodymi, musieliście o tém mówić ze sobą.

— Nigdy, moja matko.

— A czy ty wiész, Lucysiu, co ludzie jeszcze mówią?

Lucyan milczał.

— Ludzie mówią — ciągnęła Dolewska, — że ty się żenisz z panią Warską.

Na te jéj słowa nagły rumieniec zalał twarz Lucyana; usta mu drgnęły.

— Moja matko — odrzekł po chwili, — nie myślałem dotąd nigdy, do jakiego końca doprowadzi mię miłość moja dla pani Warskiéj. O miłości téj nigdy jéj nie mówiłem, ale prawdą jest, iż kocham ją całą siłą mojéj istoty. Ty wiész najlepiéj, moja matko, że oprócz ciebie, ona jest piérwszą kobietą, którą kocham; jakkolwiek skończy się nasz stosunek, ona téż będzie ostatnią. Czuję, że w miłość dla niéj wlałem całe uczucie, do jakiego zdolne jest moje serce.

Mówił to stanowczo, ale trochę zniżonym przez wzruszenie głosem, a serce matki odgadło wszystko, czego nie dopowiedziały jego słowa. Zdjęło ją snać przykre uczucie obawy, bo westchnęła ciężko i rzekła:

— Daj Boże, mój Lucysiu, aby się to wszystko szczęśliwie skończyło. Ja ci rad dawać nie będę, sam lepiéj wiész ode mnie, jak w tym razie masz postępować. Ale chciała-bym przecie, abyś się już dowiedział o swoim losie, bo ludzie powiadają, że w miłości złe, im późniéj przychodzi, tém gorzéj, a dobre, jeśli ma przyjść, to niech przyjdzie jak najprędzéj.

To mówiąc, wstała, przyciągnęła głowę syna do swojéj piersi i, położywszy na niéj znak krzyża, pocałowała jego czoło.