Klotylda rzeczywiście miała oczy ciągle spuszczone, a gdy je podnosiła, migotał w nich taki dziwny blask, jakiego dotąd Lucyan w nich nie widział.
— Tak, smutna dziś jestem, — rzekła znowu po krótkiém milczeniu.
Piérwszy raz Lucyan z ust jéj usłyszał to wyznanie. Pochylił się nieco ku niéj i, patrząc w jéj twarz, rzekł powoli i zcicha:
— Smutek pani widzę nieraz; nie znam jego powodów i wiem, że nie mam prawa o nie pytać. A jednak dałbym za to życie, żeby go od pani usunąć.
Klotylda nie odpowiedziała, tylko ręką zakryła oczy. Lucyan w obie swoje dłonie ujął drugą jéj rękę. Klotylda nie wzbraniała mu tego. Zbliżenie takie, piérwszy raz zaszło między nimi; to téż głos młodego człowieka drżący był od wzruszenia, gdy znowu mówić zaczął:
— Dla czego pani nie chcesz przelać części swego cierpienia w oddane ci a gorące serce? Czy pani wiész, że najwyższą rozkoszą dla mężczyzny jest bronić od trosk i smutków życia ukochaną kobietę? Piérwszy raz, kiedym panią ujrzał, byłaś we łzach; często bywasz smutną i dziś taką jesteś, a mnie to tajone cierpienie pani gorącą lawą w pierś płynie...
Nie mógł mówić daléj, bo ręka Klotyldy zadrżała w jego dłoniach i magnetyczne to drgnięcie głos mu stłumiło. Odsłoniła oczy i zwróciła je płonące na Lucyana. Pod niebieskim promieniem lampy twarz jéj bladła i rumieniła się naprzemian, usta otworzyły się przyśpieszonym oddechem. Kilka razy chciała coś mówić, i znów wstrzymywała się.
Patrzyli tak na siebie przez chwilę, gdy nagle Lucyan poczuł silny, konwulsyjny uścisk jéj dłoni; dwie błyskawice strzeliły mu z oczu: przycisnął do siebie gorącą rękę Klotyldy i, schylając się ku niéj, rzekł gwałtownie:
— Klotyldo! ja ciebie kocham!
Namiętność przekroczyła punkt kulminacyjny i wybuchnęła na zewnątrz słowem.