Widoczne drżenie przebiegło całe ciało Klotyldy; pochyliła głowę, ukryła twarz w dłoniach i cicho jęknęła:
— Boże mój, Boże! zlituj się nade mną!
Lucyan drżącém ramieniem otoczył jéj złamaną postać, pochylił się ku niéj i, ustami dotykając prawie jéj wonnych włosów, mówił:
— Klotyldo moja, czego ty się lękasz? czegoś i w téj chwili smutna jeszcze? Tyś piękna i dobra, mnóztwo ludzi zginało pewno kolana przed tobą. Ale tak, jak ja, nikt cię kochać nie mógł. Ty stałaś się dla mnie wszystkiém; przyszłość moja jest tylko z tobą, albo jéj wcale dla mnie niéma. Ja w miłość dla ciebie wlałem wszystkie siły mojéj istoty, których dotąd na nic zużytkować nie mogłem. Siły te oddawna burzyły się w mojéj piersi, dławiły mię, dopominały się o użycie; dusiłem się i targałem w mojéj klatce. Ty, Klotyldo, zstąpiłaś ku mnie, jak zbawienie; przy tobie odetchnąłem szeroko, pełnią życia, pełnią uczucia. I nie wiem już teraz, czy uczucie to istnieje we mnie i przeze mnie, czy ja istnieję w niém i przez nie. Wielu zapewne ludzi mówiło ci te same słowa, ale żaden z nich tak czuć nie mógł. Oni tam na szerokim świecie mieli obszerne pole działania, mieli bogactwo, mieli sławę. Ja nic nie mam, oprócz miłości dla ciebie: w nią wlałem wszystkie siły mojéj duszy — całą istotę moję. Klotyldo! jam w oczach twoich wyczytał niebo moje; powiédz, że mnie kochasz! Co zaczęła mowa twego spojrzenia, niech dopowiedzą usta... Nie lękaj się... nie bądź smutna, droga!... jam silny i godny ciebie. Z ufnością i śmiało wesprzyj się na mojém ramieniu, złóż piękną głowę na mojéj piersi... Nigdy, nigdy na mnie się nie zawiedziesz... Klotyldo... powiédz mi, że mię kochasz!...
Mówił coraz ciszéj i coraz silniéj przyciągał do siebie owładniętą wzruszeniem kobietę.
Zmrok i cisza była wokoło; drżące ramiona Lucyana opasały kibić Klotyldy; głowa jéj opadła na jego piersi i kwitnące gałęzie pomarańczowego drzewa ujrzały, jak usta jego namiętnemi pocałunkami okrywały jéj gorące czoło i miękkie zwoje jéj włosów.
Nagle Klotylda podniosła głowę, wydarła się z objęć Lucyana i, powstawszy, cofnęła się parę kroków.
Młody człowiek chciał ku niéj postąpić, ale wyciągnęła rękę, jakby usunąć go pragnęła od siebie.
— Nie zbliżaj się do mnie, Lucyanie — rzekła zniżonym i przeraźliwym głosem — dziś straszny jest dzień dla mnie... Ja ci nic nie powiem... bo jestem... jestem... nie, nie mam siły wymówić... odjedź! odjedź!...
Pierś jéj podniosła się konwulsyjném, głośném łkaniem, dwa strumienie łez zalały twarz płonącą gorączkowym rumieńcem i, śród łkania, powtórzyła raz jeszcze: