— Odjedź — błagam cię... i nie wracaj, aż cię wezwę!

Potém zbiegła z ganku i zniknęła w cieniach ogrodu i wieczoru.

Lucyan uczynił z razu poruszenie, jakby ją chciał gonić, ale stanął nieruchomy i, niosąc obie ręce do czoła, jęknął prawie:

— Boże mój, co się ze mną dzieje? Nie pójdę za nią — odjadę; trzeba szanować jéj wolą... Tak, ale jutro wrócę... koniecznie wrócę!...

Przebiegł szybko salony i po chwili na dzielnym gniadoszu pędził szeroką drogą. W rozpalonéj jego głowie wrzała i wirowała myśl: „ona mnie kocha”, a nad nim niebo chmurzyło się coraz ciemniéj, drzewa szumiały, schylone silnym wiatrem, a zdala od krańców widnokręgu odzywał się huk grzmotu zapowiedzią nadchodzącéj burzy...

Późno już było, gdy młody doktor wszedł do swego pokoju. Na biurku leżał zapieczętowany list. Machinalnie rzucił nań wzrokiem, lecz zaledwie spostrzegł pismo adresu, drżącą ręką rozerwał kopertę i czytał:

„Kochany Lucyanie!

Dzięki ci za twą pamięć o mnie; śpieszę z odpowiedzią, byś nie sądził, że nie chcę zachować stosunku z tobą, który, przeciwnie, jest mi zawsze bardzo cennym i miłym. Na dowód, żem nie przestał być twoim szczerym przyjacielem, podzielę się z tobą tém, co dziś jest główną treścią uczuć i myśli moich, a o czém, prócz najbliższych mi osób, nikt dotąd nie wié. Jestem zaręczony, Lucyanie, zareczony na seryo. Owa pani Kameleon, o którą mnie zapytujesz, a właściwie pani Klotylda Warska, sąsiadka twoja, jest moją narzeczoną. Kocham tę kobietę bardzo; piérwsza to poważna miłość mego życia, i czuję, że podniosła mię, uszlachetniła. Zresztą znasz panią Warską, nie będziesz się więc dziwił memu dla niéj uczuciu. Stosunek mój z nią zaczął się, jak w romansach — tajemnicą, poszukiwaniem, wyrzekaniem na losy i t. d. Potém poznałem ją bliżéj, za pośrednictwem owego długowłosego poety, który, pamiętasz, tak znudził i zniecierpliwił nas kiedyś w teatrze. Bywałem u niéj często. Był to karnawał, spotykaliśmy się na zebraniach, balach, maskaradach. Rodzice moi mieszkali w Warszawie, i nieoceniona moja matka, przez wzgląd na mnie, zapoznała się z panią Warską i zapoznała z nią moję siostrę. Obie młode panie zaprzyjaźniły się serdecznie, co mi także wielce było przyjemne i korzystne; słowem, po trzech miesiącach oświadczyłem się i zostałem przyjęty. Na wyraźne żądanie pani Warskiéj, zostało to w tajemnicy; nie mam sobie jednak nic do wyrzucenia, że względem ciebie przekraczam jéj rozkaz, bo uważam cię za brata, a siostra moja wié przecie o wszystkiém. Zresztą, ufam bez granic w twoję dyskrecyą, która jest à toute épreuve. Nie potrzebuję rozpisywać się dłużéj tą razą, bo wkrótce się zobaczymy. Ślub nasz będzie za miesiąc w N. Na tydzień przed dniem uroczystym przyjadę do Jodłowéj, a w przejeździe przez N. uściskam cię z radością, poczciwy mój druhu. Tymczasem... do zobaczenia.

Cypryan.

P. S. A nie bałamuć mi tam narzeczonéj, piękny doktorze!”