Lucyan skończył czytać i papier wypadł z drżących jego rąk. Rozśmiał się głośno, długim, szyderczym śmiechem i rzekł:

— Los odpowiedział, wszystko skończone!...

Potém skrzyżował ręce na piersi, szklanym wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń i tak pozostał nieruchomy i niemy.

Upływała noc, godzina po godzinie, a Lucyan nie zmieniał postawy. Czuł, czy nie czuł? myślał, czy nie myślał?... nie wiadomo... Temu, ktoby się nań wtedy patrzył, zdawało-by się, że skamieniał.

Za domem burza szumiała grzmotem, wichrami, błyskawicą. Przez otwartą furtkę okna wionął silny powiew wiatru i zagasił na biurku stojącą świecę. Światło błyskawic, chwilami wdzierając się przez szyby, czerwonym blaskiem oświetlało ciemną głąb’ pokoju i stojącą ciągle nieruchomą postać Lucyana.

Ucichła burza — pogodny świt letniego poranku zstępował na świat i szarym zmrokiem rozsuwał cienie w pokoju doktora.

A on stał ciągle na jedném miejscu, w téj saméj postawie, z tym samym wzrokiem; ani jeden muskuł jego twarzy nie drgnął, nie poruszyły się ni razu jego skrzyżowane na piersi ręce.

Kukawka zegaru oznajmiła trzecią ranną godzinę. W pokoju Lucyana ozwał się stłumiony jęk. W téj saméj chwili ciężka roleta u jego okna zapadła, cień zapełnił pokój i tajemniczym mrokiem osłonił wielką boleść człowieka.

*

Nazajutrz w południe pani Dolewska w bawialnym pokoju stała na krześle i nakręcała zegar.