— Co się jemu stało, że leci jak szalony? — mówiła do siebie; — musiała Marysia poruszyć wagi. Żeby Lucyś wyszedł ze swego pokoju, tobym się go spytała, która godzina, a tak nie wiem sama, jak nastawić. Ale co to jest, że Lucyś tak długo nie wychodzi? Musiał wczoraj późno do domu wrócić.

Otworzyły się drzwi i wszedł Lucyan.

— Jezus Marya! — krzyknęła, spojrzawszy nań, pani Dolewska. — Co tobie jest, moje dziecko! jak ty wyglądasz?

I zestąpiwszy żywo z krzesła, podeszła ku niemu.

Lucyan był blady, wielką bladością zmęczenia i bólu; oczy miał zapadłe i podkrążone, między brwiami zarysowała mu się głęboka zmarszczka.

— Nic mi nie jest, moja matko — odpowiedział cichym, złamanym głosem — jestem trochę niezdrów, nic więcéj.

I pocałowawszy matkę w rękę, wyszedł z domu, a po chwili wyjeżdżał konno za bramę. Dolewska niespokojnie patrzyła przez okno, szepcąc modlitwę do Najświętszéj Panny Ostrobramskiéj.

Lucyan minął miasteczko, zwolna pojechał wiorst parę w stronę Jodłowéj i znowu zwolna skręcił konia, wrócił do domu i zamknął się w swoim pokoju. Kiedy Dolewska przeze drzwi zawołała go na obiad, wyszedł spokojny na pozór, usiadł przy stole, ale nic nie jadł i nic nie mówił. Kilka razy otwiérał usta, jakby chciał cóś powiedziéć, lecz tylko smutniéj jeszcze szklanym wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń. Dolewska z przerażeniem spoglądała na niego, ale nie pytała o nic, nie gdérała nawet na Marysię, nie szukała swoich kluczy, tylko często ze zmęczonéj twarzy syna przenosiła wzrok niespokojny na czarny krucyfix, stojący u łóżka.

Po obiedzie Lucyan znowu siadł na koń, znowu odjechał parę wiorst w stronę Jodłowéj, wrócił i poszedł do swego pokoju.

Nadszedł wieczór; o zmroku pani Dolewska długo modliła się przed krucyfixem i ciężko musiało być jéj na sercu, bo z oczu na pomarszczone policzki upadło kilka łez.