— Ach, umrzéć!...
Krzyk ten wydarł się z jego piersi boleśnie, jakby mu serce pękało.
— Lucysiu! — ozwał się ode drzwi cichy i miękki głos kobiecy.
Lucyan nie słyszał.
— Lucyanie! — powtórzył głos z taką miłością i pieszczotą, że doszedł uszu pogrążonego w rozpaczy...
Odwrócił się Lucyan i ujrzał stojącą we drzwiach swoję matkę. Miała na sobie codzienną czarną suknią, tylko z głowy zdjęła czepeczek i srebrne włosy opływały jéj szyję i opadały na pomarszczone czoło.
— Matko moja!... tak późno, nie śpisz jeszcze?... — rzekł Lucyan powoli, nierozbudzony jeszcze z letargu, w jakim go pogrążyło cierpienie.
— Nie śpię, Lucyanie — odrzekła pani Dolewska, siadając i przyciągając go do siebie — byłam niespokojna, myślałam żeś chory i przyszłam zobaczyć cię. Serce matki przeczuło boleść syna i spać jéj nie dało. Ty cierpisz, dziecko moje najdroższe.
— Strasznie, matko moja, niewypowiedzianie! — odpowiedział Lucyan po chwili milczenia.
— O! biedne moje dziecko! — jęknęła matka; ale szybko, wchłaniając w siebie boleść, dodała: