Dolewska odeszła i od progu wróciła.

— Czyś ty bardzo chory? — spytała.

— Nie, matko, zdrów jestem zupełnie — odpowiedział, nie zmieniając postawy.

Dolewska wróciła do swego pokoju i, zamiast wziąć się swoim zwyczajem do pończoszki, uklękła przed krucyfixem.

W parę godzin potém cisza głęboka panowała w miasteczku i w domu doktora; wieczór był późny... wszyscy spali.

Lucyan wstał z fotelu, na którym nieruchomie kilka godzin przesiedział, wziął w rękę list rozłożony i wpatrzył się w wyraz „narzeczona”. Po chwili pochwycił się obu rękoma za głowę i zawołał prawie głośno:

— Boże mój! ja tego nie rozumiem, to być nie może!

W bawialnym pokoju około drzwi jego coś zaszeleściało, ale Lucyan nic nie słyszał; uchylił roletę z okna i patrzył na piękną noc letnią.

— Nad jéj domem — rzekł pół-głosem — te same gwiazdy świecą... a ja nigdy już tam nie będę... być nie powinienem!...

Znowu podniósł obie ręce do czoła i zawołał: