Mówiąc to, pani Dolewska z prostéj i gdérliwéj kobiety stała się natchnioną i mądrą matką.
O macierzyństwo! jakież uczucie i jakaż mądrość na ziemi dorówna tobie?
Lucyan, jakby podniesiony słowami matki, powstał i spokojniejszym już głosem mówił po chwili:
— O moja matko! jam ją kochał jak szalony, jam w miłość dla niéj wlał całego siebie. I cóż dziwnego, że gdy zniknęła ona dla mnie na zawsze, ja siebie samego odnaléźć nie mogę? Daremnie umysł mój sili się na rozwiązanie zagadki; nie rozumiem tego, co było, nie rozumiem tego, co jest. Przez dni tyle spojrzeniem i uśmiechem, rumieńcem i bladością, radością i smutkiem, mówiła mi, że mnie kocha... a jednak była już narzeczoną innego... Kogóż więc zwodziła? mnie, czy jego? Komu kłamała? mnie, czy tamtemu? Byłże-by w niéj fałsz i grzeszna próżność zalotnicy? Czyż zaćmi się przede mną piérwszy mój ideał? Nie, w to nie wierzę: ona prawa i czysta! A jednak... właśnie dla tego, że w zło nie wierzę... nic nie rozumiem...
Milczał przez chwilę i znowu mówił, jakby do siebie:
— Jeżeli kocha jego, pocóż mnie pociągała ku sobie? jeżeli mnie kocha, czemuż ma zostać jego żoną?... nie rozumiem... może dla tego, że on bogaty? Straszne przypuszczenie! wobec którego anioł zmienia się w potwora, słońce w blaszkę pozłacaną, gwiazda... spada z nieba i tarza się w błocie... Nie, to być nie może!...
— Lucysiu — nieśmiało odezwała się pani Dolewska — a żebyś pojechał do niéj i otwarcie spytał jéj o wszystko?
Smutnie uśmiechnął się Lucyan.
— Nie, matko — rzekł — to być nie może. Obecność moja mogła-by jéj sprawić niepokój albo cierpienie... a ja nie chcę tego. Aby okupić dla niéj jednę chwilę spokoju i szczęścia, jabym dał życie całe... A teraz, gdym już powiedział jéj, że ją kocham, mogłaż-by ona być ze mną, jak za owych dni minionych?... Nie, matko — mówił daléj coraz wolniéj i ciszéj — ja nigdy tam nie będę i nigdy jéj nie zobaczę...
Nagłym ruchem przycisnął obie ręce do serca.