— Jezus, Marya, Józefie święty! zmiłujcie się nade mną! a toż to nieszczęście!... Jakto? i nikogo już nie leczy?

— Owszem; jużto prędzéj-by chyba umarł, panie mój kochany, niżby przestał leczyć. Ot, niedawno Harasimowicz starszy zasłabł, to przysyłał kilka razy po pana Lucyana i teraz zdrów już podobno. Onegdaj także żona Pawła kowala zasłabła, to pan Lucyan dwa razy na dzień do niéj chodzi. Wtedy tylko jeszcze znać w nim żywego człowieka, kiedy jest przy chorym; a jak odejdzie, to znowu, Panie odpuść, trup na sprężynach i koniec.

— Aj, szkodaż jego, szkoda! Ale moja pani Wincentowa, nie wiész, kto to na niego urok rzucił?

— Ot, o wilku mowa, a wilk tuż! — szepnęła żywo Owsicka, chwytając Rzepową za rękę. — Patrz, pani Janowa, wychodzi od choréj kowalowéj; zobacz, do czego podobny; przejdzie koło nas i ani nas spostrzeże.

W istocie Lucyan z nizkiego domku kowala wyszedł na ulicę. Na piérwszy rzut oka nie było w nim żadnéj zmiany, która-by usprawiedliwiała opowiadanie Owsickiéj. Dopiero po bliższém wpatrzeniu się w twarz jego, można było dostrzedz, że spojrzały nań złe oczy ciężkiéj boleści. Zwykła bladość jego zmieniła koloryt, stała się gorętszą i ciemniejszą; zapadłe i podkrążone oczy straciły blask i patrzyły ciągle w ziemię, albo w daleki jakiś, jemu tylko widzialny punkt. Usta jego zbladły i zaciśnięte były nieco, jakby pod wpływem ciągłego a ostrego bólu. Szedł powoli, jednostajnym, automatycznym prawie krokiem.

Dwie kobiety spojrzały na niego ciekawie, ale on nie widział ich nawet i poszedł ulicą, patrząc ciągle gdzieś daleko, daleko...

Gdy Lucyan odszedł, dwie kobiety zwróciły się ku mieszkaniu jego matki, i znać było po ich ożywionych gestach i kiwaniu głowami, że zajmowały się mocno poprzednim przedmiotem rozmowy.

— Tak, tak — kończyła Rzepowa, dochodząc już prawie do drzwi pani Dolewskiéj — już to i ja widzę, że on biedak urzeczony. O! znam ja się na tém, znam! wszakże sama dwoje dzieci przez złe oczy straciłam.

Mówiąc to, weszła ze swą towarzyszką do sieni Dolewskiéj.

— Marysiu! Marysiu! — ozwał się głos z bawialnego pokoju — a znowu musiałaś, ty nic dobrego, wagi poruszyć, bo zegar zepsuty. Mówiłam ci raz na zawsze, żebyś nie dotykała się zegaru, boś zgrabna do tego, jak wół do karety.