— A cóż, moja pani Wincentowa! Jak człek się zagospodarzy, to i o Bożym świecie zapomni, a wiész przecie, że od czasu, jak Pan Bóg wziął do swojéj świętéj chwały mego nieboszczyka Jasia, wszystkie kłopociska spadły na mnie, biedną wdowę. Ach! myślałam, że będę miała pomoc z brata, którego, nie wymawiając, sama wyhodowałam; ale gdzie tam! jak zasłabł jeszcze w Styczniu, to do téj pory cherla i cherla. Już do wszystkich znachorów woziłam go i nic nie pomogli. Myślę sobie, trzeba jeszcze doktora sprobować, i przyjechałam prosić pana Dolewskiego, aby pojechał do Wałków, mego Adasia zobaczyć.

Owsicka smutnie pokiwała głową i machnęła ręką.

— E! widzisz, moja pani Janowo! Widzisz-bo... z nim coś niedobrze...

— Cóż, cóż? — spytała Rzepowa.

— Ot, prawdę mówiąc... bo i na co to w bawełnę obwijać? Jać sama, panie mój kochany, żałuję jego, jak własnego dziecka...

— Cóż to takiego? — ciekawie pytała Rzepowa, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.

— At — odrzekła, machnąwszy ręką, pani Anna, — urzeczony biedak i kwita!...

— Kto? kto?...

— A Lucyś Dolewski.

Rzepowa za głowę się chwyciła.